Przejdź do felietonu

Mama 5 min czytania

Tydzień w mieście, w którym niczego nie zaplanowałam

Przed wyjazdem nad morze mieliśmy tydzień, w którym Tymek nie chodził już do przedszkola, a ja wzięłam urlop. Nie zapisałam go na żadne półkolonie. Postanowiłam sprawdzić, co się stanie, jeśli nic nie zaplanuję.

Dziecięce sandały na balkonie w słońcu

Wróciliśmy znad morza. Walizki jeszcze stoją w przedpokoju, w butach jest piasek, w kieszeniach Tymka kamienie z plaży, w tym jeden, który według niego „wygląda jak Polska”. Nie wygląda. Ale nie o morzu chcę dziś pisać, tylko o tygodniu przed nim, o którym od powrotu myślę częściej niż o plaży.

Ulotki w komunikatorze

Tymek skończył przedszkole pod koniec czerwca. Do wyjazdu zostawał tydzień. Ania, mama Julki, zapisała córkę na półkolonie z robotyką. Inne mamy z grupy wybrały taniec, piłkę, angielski, pieczenie. W komunikatorze krążyły ulotki z cenami i godzinami odbioru. Czułam lekki niepokój, że mój syn będzie jedynym sześciolatkiem we Wrocławiu, który przez tydzień nie nauczy się niczego.

Wzięłam urlop. Rafał miał zlecenie, więc pracował, ale w domu, w pracowni. I postanowiłam, trochę z lenistwa, trochę z przekory, że nic nie ustalamy z góry. Żadnego zoo, żadnego Hydropolis, żadnych warsztatów. Będziemy robić to, na co przyjdzie ochota, a jeśli ochota nie przyjdzie, to nic.

Na stoliku przy kanapie położyłam dwie książki z torby, którą pakowałam na urlop. Obiecałam sobie, że przynajmniej jedną zacznę, zanim ruszymy nad morze.

Nuda ma swoje etapy

Pierwszego ranka Tymek zjadł śniadanie i zapytał: co dzisiaj robimy? Powiedziałam, że nic. Popatrzył na mnie tak, jakbym oznajmiła, że dzisiaj nie oddychamy.

Do jedenastej chodził za mną po mieszkaniu i mówił, że się nudzi. W różnych tonacjach, z przeciąganiem samogłosek, jak aria. Kusiło mnie, żeby włączyć bajkę. Kusiło, żeby zaproponować salę zabaw. Kusiło, żeby napisać do Ani i zapytać, czy na robotyce są jeszcze miejsca.

Wytrzymałam, bo miałam czym zająć ręce. Usiadłam na kanapie z książką. Nie z maszynopisem, nie z plikiem z uwagami tłumacza, tylko z książką, którą ktoś już zredagował i wydrukował, i której nie musiałam poprawiać. Przeczytałam pierwszą stronę trzy razy, bo za plecami ktoś jęczał. Za czwartym razem poszło.

Tymek położył się na podłodze w salonie i patrzył w sufit. Znam tę pozycję, sama tak leżałam u dziadków na wsi, kiedy miałam osiem lat i nie było telewizora. Po jakichś dwudziestu minutach wstał, poszedł do swojego pokoju i zamknął drzwi. Przez dwie godziny było cicho. Przeczytałam w tym czasie więcej niż przez cały czerwiec.

Kiedy zajrzałam, stał tam tramwaj. Z klocków, kartonów i koca, pełnowymiarowy, jak na jego możliwości. Przystanki narysowane na kartkach i przyklejone taśmą do ściany. Bilet, który musiałam skasować, żeby wejść.

Drugiego dnia marudzenie trwało już tylko do śniadania. Potem nuda zamieniała się w coś, czego nie umiem nazwać inaczej niż zajęciem, którego nikt za niego nie wymyślił.

Kanapa i atlas

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że zaczęliśmy czytać razem, choć każde co innego. Tymek przyniósł z półki atlas, który dostał od babci Teresy na urodziny, położył się obok mnie i oglądał flagi. Co jakiś czas pokazywał mi palcem jakiś kraj i pytał, czy tam też jeżdżą tramwaje. Nie wiedziałam. Mówiłam, że sprawdzimy. Nie sprawdziliśmy ani razu i nikomu to nie przeszkadzało.

Z tego kanapowego tygodnia mam w notesie listę jego pytań. Dlaczego Szwajcaria ma kwadratową flagę. Czy Odra wpada do morza, nad które jedziemy. Czy na Grenlandii jest przedszkole. Przez lata myślałam, że na czytanie z dzieckiem potrzebny jest wieczór i łóżko. Okazuje się, że wystarczy kanapa w lipcu i dwie osoby, którym nigdzie się nie spieszy.

Ostatniego dnia Rafał skończył zlecenie i przyszedł z komiksem. Położył się w poprzek, na naszych nogach. Leżeliśmy we trójkę, każdy ze swoją lekturą, i nikt nic od nikogo nie chciał. Za oknem padało. Wieczorem zrobiliśmy naleśniki, bo był piątek, a w piątek, zgodnie z naszą listą na lodówce, jemy coś, na co mamy ochotę.

Topniejący lód na patyku w słoneczny dzień

Miska z wodą i koniec linii

Kiedy było trzydzieści stopni, rozłożyliśmy na balkonie koc i postawiliśmy miskę z wodą. Tymek przez pół dnia przelewał wodę z kubka do kubka. Potem pływał w misce statkiem z kory przywiezionym z działki dziadka. Potem obserwował mrówki na barierce, a na koniec przyszedł do pracowni i poprosił tatę o papier. Narysował mrówkę w skali, która przerażała.

Przypomniała mi się dziewczynka, którą widziałam zimą w przedszkolu Montessori, przelewająca wodę z dzbanuszka do dzbanuszka z takim skupieniem, jakby od tego zależał los świata. Tymek na naszym balkonie na szóstym piętrze robił dokładnie to samo. Nikt go nie uczył i nikt nie mówił „brawo”.

Raz pojechaliśmy tramwajem na koniec linii, bo Tymek chciał sprawdzić, „gdzie tramwaj śpi”. Bez celu, tak jak podczas czerwcowego spaceru w najdłuższy dzień. Wysiedliśmy na pętli, pooglądaliśmy tramwaje, zjedliśmy lody w budce i wróciliśmy. Trzy godziny. Babci opowiadał o tym przez telefon jak o wyprawie w Himalaje.

Pani Irena i korzenie

Któregoś przedpołudnia zapukała pani Irena z trzeciego piętra i zapytała, czy Tymek nie pomógłby jej przesadzić kwiatów. Pomógł. Przez półtorej godziny siedzieli na jej balkonie, on w fartuchu do kostek, ona na taborecie, i przesadzali pelargonie, zielistki i coś, co pani Irena nazywa „moją starą paprotką”. Wrócił brudny od ziemi po łokcie, z sadzonką w kubku po jogurcie.

Nie wiem, czego nauczyłby się na robotyce. U pani Ireny nauczył się, że roślinę trzyma się za liście, a nie za łodyżkę, bo „łodyżka jest jak szyja”. Wykorzystał to już dwa razy nad morzem, przy cudzych pelargoniach w pensjonacie.

Co zostało po tym tygodniu

Nie wiem, czy to był dobry tydzień pedagogicznie. Nie czytałam na ten temat żadnych badań i nie będę udawać, że czytałam. Wiem, że pierwszego dnia Tymek nie umiał się nudzić, a potem umiał. Wiem też, że ja przez siedem dni nie musiałam nikogo nigdzie wozić na czas ani pakować drugiego śniadania z karteczką.

Nie mówię, że półkolonie są złe. Julka wróciła z robotyki zachwycona i zbudowała robota, który jeździ po stole i piszczy. W sierpniu, kiedy oboje będziemy pracować, Tymek też pójdzie na tydzień zajęć, bo inaczej się nie da.

Tramwaj z kartonów stał w jego pokoju do samego wyjazdu. Rozebrałam go, kiedy trzeba było odkurzyć przed podróżą, a koc wrócił do szafy. Książkę z kanapy skończyłam już nad morzem, na balkonie pensjonatu.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Mama

Cała rubryka →