Najdłuższy dzień roku i nasz wieczorny spacer bez celu
Mamy w rodzinie jedną tradycję, której nikt nie wymyślił. W okolicy najdłuższego dnia w roku wychodzimy po kolacji z domu i idziemy przed siebie, dopóki jest jasno.
Jutro przesilenie. Najdłuższy dzień w roku, a potem, jak mawia mój tata z właściwą sobie pogodą ducha, „już tylko z górki do zimy”. Wczoraj wieczorem, trochę na zapas, trochę dlatego, że pogoda była idealna, wyszliśmy na nasz spacer bez celu. Piszę o nim dziś, póki pamiętam zapach, bo zapachy znikają najszybciej.
Jak to się zaczęło
Pierwszy raz zdarzyło się to trzy lata temu, zupełnie przypadkiem. Tymek miał trzy lata, był czerwiec, upał, a on nie mógł zasnąć, bo za oknem było jasno. Kręcił się, wstawał, pytał, dlaczego ma spać, skoro „jest jeszcze dzień”. Nie umiałam odpowiedzieć tak, żeby go przekonać, bo sama nie byłam przekonana. Rafał w końcu powiedział: to chodźmy. I wyszliśmy. W piżamie pod kurtką, w sandałach, bez planu.
Szliśmy przez osiedle, potem ulicą w stronę działek, potem na wał nad Widawą. Tymek po pół godzinie zasnął Rafałowi na rękach. Wróciliśmy, kiedy niebo robiło się granatowe, a latarnie już paliły się od dawna, chociaż nie było takiej potrzeby.
Następnego roku Tymek zapytał w czerwcu, kiedy idziemy „na ten spacer w nocy”. Tak powstała tradycja.
Zasady, których nie ma
Spacer bez celu ma tylko jedną zasadę: nie ma celu. Nie idziemy na lody, chociaż możemy je kupić po drodze. Nie idziemy nad rzekę, chociaż możemy tam dojść. Nie idziemy do nikogo w odwiedziny. Na rozwidleniach decyduje ten, kto pierwszy powie „w lewo” albo „w prawo”. Zwykle Tymek. Zwykle „w lewo”, bo w lewo „jest ciekawiej”. Nie wiem, skąd to przekonanie, ale sprawdza się zaskakująco często.
Nie bierzemy telefonów. To znaczy bierzemy, bo jestem matką i nie umiem wyjść z domu z sześciolatkiem bez telefonu. Ale leżą w kieszeni i nikt ich nie wyjmuje, chyba że Rafał, żeby zrobić zdjęcie światła, bo Rafał nie umie przejść obojętnie obok światła. Ja mu na to pozwalam, a on mi pozwala poprawiać po drodze błędy na szyldach. Mamy układ.
Co widać o dziewiątej wieczorem
Psie Pole o dziewiątej wieczorem w czerwcu jest inne niż o dziewiątej rano. Rano wszyscy gdzieś biegną, wieczorem wszyscy gdzieś siedzą. Na ławkach przed blokami starsze panie, które rozmawiają ze sobą półgłosem, jakby dzieliły się tajemnicami. Na balkonach ludzie w podkoszulkach, z piwem, z papierosem, z kotem na parapecie. Z otwartych okien dochodzą dźwięki: czyjś telewizor, czyjaś kłótnia, czyjeś pianino, ciągle ten sam fragment, od nowa.
Minęliśmy pana Zdzisia z Bąblem. Pan Zdzisio powiedział, że „ładny wieczór, ale jutro będzie burza”, bo pan Zdzisio zawsze przewiduje burzę. Bąbel obwąchał Tymkowi sandały. Tymek przyznał się, że ma w sandale kamień, i pokazał go Bąblowi. Bąbel nie był zainteresowany.
Potem skręciliśmy w lewo, między domki jednorodzinne, których jest na Psim Polu więcej, niż się wydaje komuś, kto zna tylko bloki. Ogródki z różami, trampoliny, grill z ostatnim dymem. W jednym z ogrodów ktoś podlewał pomidory wężem i gwizdał. Tymek zatrzymał się i słuchał, jakby to był koncert.
Długie cienie
Najpiękniejsza chwila przyszła na wale nad rzeką, kiedy słońce było już bardzo nisko. Stanęliśmy w trójkę na ścieżce i nasze cienie wyciągnęły się na kilka metrów, cienkie i wysokie jak postaci z Giacomettiego, co powiedział Rafał, a czego Tymek nie zrozumiał. Tymek był zachwycony, że jego cień jest wyższy od taty. Stał prosto, żeby był jeszcze wyższy. Potem skakał, żeby cień skakał razem z nim. Potem kucnął, żeby zniknął.
Stałam i patrzyłam na te trzy długie cienie na ścieżce, na te dwa duże i jeden mniejszy, który jeszcze w zeszłym roku był dużo mniejszy. I pomyślałam, że za rok w czerwcu Tymek będzie po zerówce, za dwa lata po pierwszej klasie. Za dziesięć lat może nie będzie chciał chodzić z nami na spacery bez celu, bo będzie miał swoje spacery, ze swoimi celami.
Nie powiedziałam tego na głos. Rafał chyba i tak wiedział, bo wziął mnie za rękę, czego na co dzień nie robi, bo zawsze ma coś w rękach.
Droga powrotna
Z powrotem szliśmy wolniej. Tymek w tym roku nie zasnął na rękach, bo jest za duży i za ciężki, a poza tym zadeklarował, że „nie jest zmęczony”. Na dowód opowiadał przez całą drogę o tym, co widział: pana z wężem, psa z kamieniem, kota, który miał jedno ucho białe. Jego relacja była chaotyczna, pełna „i wtedy, i wtedy”, i bardzo dokładna. Zauważył rzeczy, których ja nie widziałam. Kota z białym uchem nie widziałam.
Do domu dotarliśmy po wpół do jedenastej. Tymek zasnął, zanim zdążyłam zdjąć mu sandały. Z sandała wypadł kamień. Położyłam go na półce w przedpokoju, obok innych skarbów, o których pisałam przy okazji butów, których nikt nie odkłada.
Po co to wszystko
Nie wiem, czy ta tradycja przetrwa. Nie ma w niej nic szczególnego. Żadnej atrakcji, żadnego zdjęcia do albumu, żadnej historii do opowiedzenia na imieninach. Trzy osoby idą przed siebie w czerwcowy wieczór. To wszystko.
Jutro pan Zdzisio będzie miał swoją burzę. Ja pójdę spać wcześnie. Kamień z sandała leży na półce. Za rok wyjdziemy znowu.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.