Pierwszy tydzień zerówki: kto przeżywał bardziej
Cztery dni, cztery poranki, cztery pożegnania przy furtce szkoły. Tymek przeżył je spokojnie. Ja przeżyłam je tak, jak przeżywa się ważne wydarzenia: z przesadą, ukradkiem i z chusteczką w kieszeni.
Wtorek, pierwszy września, siódma czterdzieści. Stoimy przy furtce szkoły na naszym osiedlu. Tymek w starych dresach z łatą, w nowych butach, z pustym plecakiem na plecach, bo nie mogłam mu odmówić, choć w zerówce plecak jest niepotrzebny. W ręku worek na kapcie z tramwajem namalowanym przez tatę. W worku kapcie i kamień. Obok mnie Rafał, który wziął wolne, bo „takie rzeczy zdarzają się raz”.
Tymek patrzy na budynek szkoły. Budynek patrzy na Tymka. Ja patrzę na nich obu i mam w gardle coś wielkości jajka ze święconki.
Wtorek
Pierwszy dzień był krótki. Zerówka miała spotkanie w sali, zapoznanie z panią, oprowadzanie po szkole, a rodzice mogli wejść na pierwsze pół godziny. Weszliśmy. Sala była taka, jak ją zapamiętałam z dnia otwartego: dywan, kącik z klockami, półka z książkami, okna na boisko. Dzieci siedziały w kółku na dywanie, rodzice stali pod ścianą z telefonami, jak na przedstawieniu w czerwcu. Te same twarze, inny budynek.
Pani przedstawiła się, poprosiła dzieci, żeby powiedziały swoje imię i co lubią. Julka powiedziała, że lubi roboty, bo w wakacje była na półkoloniach. Jakiś chłopiec powiedział, że lubi pizzę. Tymek powiedział: jestem Tymek i lubię kamienie i tramwaje. Pani odpowiedziała, że to świetnie, bo przy szkole jest przystanek. Tymek był kupiony.
Kiedy rodzice mieli wyjść, patrzyłam na niego, czekając na łzy. Łez nie było. Pomachał nam od niechcenia, odwrócił się do Julki i zaczął jej coś tłumaczyć na migi. Rafał wziął mnie za łokieć i wyprowadził jak starszą panią, którą trzeba przeprowadzić przez ulicę. Łzy były. Moje.
Środa
W środę odprowadzałam go sama. Rafał wrócił do pracy, ja miałam dzień domowy. Przy furtce Tymek przystanął, pogrzebał w worku, wyjął kamień, potrzymał go przez chwilę w ręce i schował z powrotem. Nic nie powiedział. Potem poszedł.
Wiem, po co był ten kamień. Mówił mi o tym przy pakowaniu wyprawki do zerówki: na wypadek, gdyby się bał. Więc się bał. Trochę. Na tyle, żeby potrzymać kamień, ale nie na tyle, żeby mi o tym powiedzieć.
Przez resztę dnia nie mogłam się skupić na pracy. Redagowałam rozdział dwudziesty trzeci powieści o hotelu nad jeziorem i trzy razy przeczytałam ten sam akapit. Myślałam o kamieniu. O tym, czy Tymek zjadł drugie śniadanie. O tym, czy ktoś z nim rozmawia. O tym, czy pani wie, że on nie lubi skarpetek z grubym szwem i że jak mu uwierają, to się robi marudny.
Po południu, kiedy go odebrałam, zapytałam, jak było. Odpowiedział: dobrze. Zapytałam, co robili. Odpowiedział: różne rzeczy. Zapytałam, z kim się bawił. Odpowiedział: z dziećmi.
Redaktorka we mnie chciała poprosić o rozwinięcie. Matka we mnie wiedziała, że to nic nie da.
Czwartek
Czwartek to mój dzień biurowy, więc odprowadzał Rafał. Wysłał mi zdjęcie z furtki: Tymek od tyłu, idący w stronę budynku, z plecakiem, który wygląda na nim jak żółw. Nie odwrócił się, napisał Rafał. Ani razu.
Siedziałam w tramwaju na Krzywoustego i patrzyłam na to zdjęcie. Mój syn od tyłu. Mały, prosty, idący przed siebie. Przypomniało mi się, jak w Wielką Sobotę niósł koszyczek do święcenia, sam, oburącz, a my szliśmy za nim z wyciągniętymi rękami, gotowi łapać. Teraz nikt za nim nie szedł. Nikt nie wyciągał rąk. I nic się nie przewróciło.
W wydawnictwie Jolka zobaczyła moją minę i zapytała, co się stało. Pokazałam jej zdjęcie. Jolka nie ma dzieci, ale zna mnie od lat. Popatrzyła i powiedziała: no to idzie. Dokładnie tak. No to idzie.
Piątek
W piątek odprowadzałam znowu ja. Przy furtce Tymek zatrzymał się, spojrzał na mnie i powiedział coś, czego się nie spodziewałam. Mamo, ty się nie martw. Ja tu mam Julkę.
Nie wiem, co było widać na mojej twarzy, że sześciolatek uznał za stosowne mnie pocieszyć. Pewnie wszystko. Ale on to zobaczył. Zobaczył, że to ja się boję, nie on. I pocieszył mnie tak, jak ja pocieszam jego: krótko, konkretnie, z argumentem.
Kamień tego dnia został w worku. Tymek go nie wyjął.
Kto przeżywał bardziej
Wieczorem, kiedy Tymek zasnął, siedzieliśmy z Rafałem w kuchni. Zapytałam, czy on też to przeżywał. Rafał pomyślał i powiedział, że tak, ale inaczej. Że on przeżywał to, że Tymek się nie odwrócił. A ja przeżywałam to, że on w ogóle poszedł.
Zastanawiałam się nad tym długo. I chyba doszłam do tego, że pierwszy tydzień zerówki nie był wcale dla Tymka. Tymek był gotowy. Był gotowy od dawna, pewnie od tego dnia, kiedy powiedział, że koszyczek poniesie sam. Pierwszy tydzień zerówki był dla mnie. Żebym się nauczyła odwracać pierwsza. Żebym nie stała przy furtce, dopóki nie zniknie za drzwiami.
W przyszłym tygodniu spróbuję. Odprowadzę go do furtki, powiem „pa” i odwrócę się pierwsza. Tak jak ćwiczyłam od maja w przedpokoju. Zobaczymy, czy mi się uda.
Pudełko śniadaniowe przez cały tydzień wracało puste. To akurat mnie cieszy bez zastrzeżeń.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.