Zerówka czy jeszcze rok w przedszkolu: jak podejmowaliśmy tę decyzję
Tymek skończył w styczniu sześć lat, więc od września miał przed sobą obowiązkowy rok przygotowania do szkoły. Pytanie brzmiało tylko: gdzie. Odpowiedź przyszła z zupełnie innej strony miasta.
Tymek chodzi do zerówki od dwóch tygodni. List z potwierdzeniem zapisu, przyczepiony wiosną magnesem do lodówki, wreszcie powędrował do szuflady. Piszę o tym, jak wybieraliśmy, dopiero teraz, bo dopiero teraz umiem o tym pisać bez wzdychania. Przez całą zimę ta decyzja siedziała mi w głowie jak kamień w bucie. A kamieni w butach, jak wiadomo, w naszym domu nie brakuje.
Dwie drogi, jedno dziecko
Dla tych, którzy mają to jeszcze przed sobą: w Polsce sześciolatek musi odbyć roczne przygotowanie przedszkolne, czyli właśnie zerówkę. Można ją zrobić w przedszkolu, do którego dziecko już chodzi, albo w oddziale przedszkolnym przy szkole podstawowej. Na papierze to prawie to samo. W praktyce każda mama, z którą rozmawiałam, miała na ten temat pogląd mocniejszy niż na politykę.
Ania, mama Julki z grupy Tymka, była za szkołą od początku. Że dziecko oswoi się z budynkiem, z dzwonkiem, ze szkolną stołówką, że we wrześniu następnego roku nie będzie szoku. Moja mama, emerytowana nauczycielka biologii, była za przedszkolem. Że „szkoła jeszcze zdąży”, że sześciolatek powinien się bawić, że ona widziała dzieci w pierwszych klasach i niektóre były po prostu zmęczone. Rafał nie miał zdania, co było jego zdaniem.
Ja miałam w głowie wszystkie te zdania naraz i nie umiałam wybrać.
Poranek w Ziarenku
Rozstrzygnęło się w miejscu, które z naszą decyzją nie miało nic wspólnego. W lutym moja przyjaciółka Dorota, z którą studiowałam polonistykę, a która kilka lat temu wyprowadziła się z mężem do domu pod Wrocław, szukała przedszkola dla swojej czteroletniej Tosi. Mieszka w stronę Kątów Wrocławskich, więc obdzwoniła okolicę i umówiła się na wizytę w Ziarenku, w Zabrodziu, na samym zachodnim skraju Wrocławia. Zapytała, czy pojadę z nią, bo „ty zawsze widzisz rzeczy, których ja nie widzę”. To miłe, choć podejrzewam, że chodziło bardziej o to, żeby ktoś trzymał Tosię za rękę, kiedy ona będzie zadawać pytania.
Wzięłam dzień urlopu. Z Psiego Pola do Zabrodzia jedzie się przez całe miasto, z północnego wschodu na zachód, i w samochodzie Doroty miałam czas pomyśleć, że robię coś zupełnie dla siebie niepotrzebnego.
Przedszkole zaprasza rodziców rano, w czasie tak zwanej pracy własnej, i teraz rozumiem dlaczego. Weszłyśmy do jasnej sali, w której kilkanaście dzieci robiło zupełnie różne rzeczy. Grupy są tam niewielkie, najwyżej osiemnaścioro dzieci. Jedna dziewczynka przelewała wodę z dzbanuszka do dzbanuszka i robiła to z taką uwagą, jakby od tego zależał los świata. Chłopiec w wieku Tymka układał na dywaniku drewniane klocki według wielkości, rozkładał je, układał od nowa. Nikt go nie poganiał. Nikt nie mówił „brawo”. Nauczycielka siedziała obok, patrzyła i nic nie mówiła. Pomyślałam, że ja bym już trzy razy powiedziała „świetnie!” i raz „a może spróbujesz inaczej?”.
Tamtejsza zasada brzmi „pomóż mi zrobić to samodzielnie” i widać ją było w każdym kącie. Niskie półki, z których dzieci same biorą pomoce. Malutkie ściereczki, żeby samemu wytrzeć, co się rozlało. Brak kar i nagród, co mnie jako matkę wychowaną na naklejkach za grzeczność trochę zaskoczyło, a trochę zawstydziło. Usłyszałyśmy też, że dzieci na co dzień mają kontakt z angielskim, w zwykłych sytuacjach, przy posiłku czy ubieraniu się, a obok polskiego pojawia się ukraiński. Do tego zajęcia, o których Tymek mógłby tylko marzyć: ceramika, szachy, dogoterapia, robotyka. Dorota notowała, ja patrzyłam.
Dorota zapisała Tosię tego samego tygodnia. W jej telefonie przedszkole do dziś figuruje pod nazwą wpisaną w pośpiechu jeszcze na parkingu: Ziarenko Montessori Wrocław (https://ziarenko.com.pl/). Od marca Tosia co wieczór opowiada o jakimś „pracowaniu”, które okazuje się myciem stolika albo nawlekaniem koralików, i jest z tego bardzo dumna.
Kilka znajomych mam pytało mnie potem, czy to w ogóle jeszcze Wrocław. Formalnie tak: to niepubliczne przedszkole we Wrocławiu (https://g.page/r/CaMQyny7A1XVEBM/), z wrocławskim kodem pocztowym, choć dookoła jest więcej zieleni niż miasta. Otwarte od siódmej do siedemnastej, a zapisy, jak usłyszała Dorota, trwają przez cały rok. Jeśli ktoś szuka miejsca dla malucha po zachodniej stronie miasta, radzę umówić się właśnie na poranną wizytę, a nie na dzień otwarty.
Co zobaczyłam w drodze powrotnej
W samochodzie wracałyśmy korkiem przez całe miasto i myślałam o tym chłopcu z klockami. Że on miał czas. Że nikt nie chciał od niego wyniku, tylko żeby był przy tym, co robi.
I wtedy dotarło do mnie, że cały mój spór o zerówkę był sporem o coś innego. Nie chodziło o budynek, szkolny czy przedszkolny. Chodziło o to, czy Tymek będzie miał jeszcze rok, żeby coś robić w swoim tempie, czy już ktoś zacznie go pytać o wynik. A to nie zależy od szyldu nad drzwiami, tylko od ludzi w środku.
Wieczorem zadzwoniłam do Ani i poprosiłam o numer do mamy dziewczynki, która w zeszłym roku chodziła do zerówki w szkole na naszym osiedlu. Potem poszłam na dzień otwarty. Zobaczyłam salę z dywanem, kącikiem z klockami i półką z książkami, osobne wejście dla najmłodszych i panią, która na pytanie o „naukę czytania” odpowiedziała, że u nich „kto chce, to czyta, a kto nie chce, to słucha”. To mi wystarczyło.
Co przeważyło
Wybraliśmy zerówkę w szkole, dziesięć minut pieszo od domu. Przeważyło kilka rzeczy, bardzo przyziemnych. Grupa zerówkowa w przedszkolu Tymka miała się w tym roku mocno przemieszać i większość jego kolegów i tak odchodziła. Julka szła do tej samej szkoły. Za rok Tymek pójdzie do pierwszej klasy w tym samym budynku, więc przejście będzie łagodniejsze. I wreszcie, w dni domowe mogę odprowadzać go pieszo, bez samochodu i bez tramwaju.
Ale to nie jest decyzja, którą mogłabym komuś polecić jako jedyną słuszną. Znam rodziców, którzy zostawili dzieci na zerówkę w przedszkolu i byli zachwyceni. Znam takich, którzy żałowali szkoły. Myślę, że trzeba po prostu zobaczyć oba miejsca rano, w zwykły dzień, a nie w dzień otwarty z balonami.
Moja mama, kiedy usłyszała o decyzji, powiedziała, że no ale ona nic nie mówi. Po czym przez dwadzieścia minut mówiła, że szkoła jeszcze zdąży. Potem kupiła Tymkowi piórnik. Tymek schował do niego trzy kamienie, Pana Lisa w wersji breloczka i kredkę bez końcówki. Na tamten moment tyle wyposażenia wystarczyło.
Wiosną podejrzewałam, że we wrześniu będę przeżywać bardziej niż on, i od maja ćwiczyłam w przedpokoju mówienie „pa” bez odwracania się. Szło mi tak jak z noszeniem koszyczka, o którym pisałam przy okazji Wielkanocy z sześciolatkiem: ręce same wyciągały się do przodu. Jak to wyszło w praktyce, opisałam po pierwszym tygodniu zerówki. Jeden kamień z piórnika przeniósł się zresztą do worka na kapcie.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.