Lista zakupów na lodówce i inne małe systemy, które ratują tydzień
Nie mam aplikacji do planowania posiłków, tablicy korkowej ani kalendarza rodzinnego w kolorach. Mam kartkę na lodówce, magnes z Brzegu i kilka nawyków, z których jestem dumna bardziej, niż wypada.
Redaguję czasem poradniki o organizacji życia. Wiem, jak wyglądają. Mają rozdziały z nazwami typu „Twój poranek zaczyna się wieczorem” i tabelki do wydrukowania. Autorki zwykle mają dom z jasną kuchnią, słoiki z etykietami i dzieci, które same pakują plecaki. Czytam to w pracy z uśmiechem, poprawiam przecinki, a potem wracam tramwajem na Psie Pole, otwieram lodówkę i widzę, że znowu nie ma masła.
A jednak coś się u nas przez ostatnie lata wytworzyło. Nie system w sensie poradnikowym. Raczej kilka małych umów, które sprawiają, że tydzień nie rozpada się w środę.
Kartka na lodówce
Zaczęło się od kartki. Zwykłej, wyrwanej z bloku, przypiętej do lodówki magnesem w kształcie ratusza z Brzegu, który przywiozła mi kiedyś mama. Zasada jest jedna: kto zauważy, że czegoś brakuje, dopisuje. Nie mówi, nie przypomina, nie wzdycha. Dopisuje.
Brzmi banalnie, ale zmieniło to u nas więcej, niż się spodziewałam. Wcześniej wyglądało to tak, że Rafał stał przed pustą szafką i mówił w przestrzeń „nie ma kawy”, a ja słyszałam w tym wyrzut, że to ja miałam kupić. On nie miał tego na myśli. Ja to słyszałam. Wychodziła z tego drobna, nikomu niepotrzebna wymiana zdań. Teraz Rafał dopisuje „kawa” na kartce i sprawa jest zamknięta.
Kartka ma też swoje życie literackie. Rafał dopisuje rzeczy w wersji rysunkowej, więc zamiast „jajka” jest mały rysunek jajka z oczami. Tymek, który od niedawna pisze drukowanymi literami, dopisuje swoje. W zeszłym tygodniu na liście pojawiło się „CZEKOLADA” i obok „DLA MNIE”, żeby nie było wątpliwości. Raz znalazłam „KAMIEŃ ŁADNY”. Nie kupiłam.
Ja jestem redaktorką, więc oczywiście poprawiam. Nie literówki Tymka, bo to byłoby okrutne. Ale kiedy Rafał napisze „pomidory” i narysuje obok ogórka, dopisuję pytajnik.
Niedzielny kwadrans
Druga rzecz: w niedzielę wieczorem siadamy z Rafałem na kwadrans i ustalamy obiady na tydzień. Nie jadłospis, tylko pięć zdań. Poniedziałek makaron z czymś. Wtorek zupa, bo jestem w pracy i gotuje Rafał, a Rafał umie trzy zupy. Środa coś z piekarnika. Czwartek resztki albo naleśniki. Piątek coś, na co mamy ochotę.
Wychodzi z tego lista, którą dopisujemy do kartki na lodówce. W sobotę jeden duży sklep, w tygodniu tylko drobiazgi w osiedlowym. Nie wszystko się zgadza. Czasem w środę nikt nie ma siły na piekarnik i jemy kanapki. Ale różnica między „nie ma planu” a „jest plan, którego nie wykonaliśmy” jest ogromna. W drugim przypadku przynajmniej w lodówce są składniki.
Koszyk na zguby
Trzecia rzecz to wiklinowy koszyk w przedpokoju, na tej słynnej półce, na której nikt nie odkłada butów. Wszystko, co się znajdzie w dziwnym miejscu, a nie wiadomo, gdzie powinno być, ląduje w koszyku. Rękawiczka bez pary. Klucz, nie wiadomo od czego. Klocek z zestawu, który stoi w pokoju Tymka. Kamień, który wypadł z kieszeni, gdy wieszałam kurtkę.
Koszyk nie rozwiązuje problemu, tylko go centralizuje. Ale to wystarczy. Kiedy ktoś czegoś szuka, najpierw sprawdza w koszyku. W co drugim przypadku znajduje. W pozostałych znajduje coś innego, czego szukał w zeszłym miesiącu, i też jest zadowolony.
Raz w miesiącu opróżniam koszyk na stół i robię przegląd. To jest mój ulubiony rytuał, trochę jak otwieranie kapsuły czasu. W ostatnim przeglądzie było: dwie rękawiczki, każda z innej pary, spinka do włosów, której nie poznaję, bilet z kina z listopada, zakrętka od kubka niekapka, którego nie mamy od trzech lat, i list od pani Ireny z trzeciego piętra z instrukcją podlewania zielistki. Zielistka ma się dobrze. Instrukcję przypięłam na lodówkę obok listy.
Tablica „kto odbiera”
Czwarta rzecz powstała po jednej wyjątkowo nieprzyjemnej środzie w lutym, kiedy oboje byliśmy przekonani, że to drugie odbiera Tymka z przedszkola. Przedszkole zadzwoniło o piątej. Nie było dramatu, byłam dwadzieścia minut później, a Tymek siedział z panią Lucyną i układał puzzle. Ale od tamtej pory na drzwiach lodówki wisi mała tabelka narysowana przez Rafała. Dni tygodnia i obok nasze twarze w wersji karykaturalnej. Kto ma przy danym dniu swoją twarz, ten odbiera.
Moja twarz na tej tabelce ma okulary, których nie noszę, i bardzo zmarszczone czoło. Rafał twierdzi, że tak wyglądam, kiedy czytam maszynopis. Jego twarz jest uśmiechnięta i ma lekko rozwichrzone włosy. Zwróciłam uwagę na tę asymetrię. Powiedział, że to „licencja artystyczna”.
Co w tym jest
Żaden z tych systemów nie nadaje się do poradnika. Są za proste, za bardzo nasze, zbyt zależne od tego, że akurat mamy lodówkę z drzwiami, do których trzyma się magnes, i męża, który rysuje. Nie zrobią z nikogo kogoś innego.
Ale mam wrażenie, że o to właśnie chodzi. Poradniki obiecują, że dom będzie działał jak zegarek. Nasz dom nie działa jak zegarek i chyba nie musi. Wystarczy, że w środę nikt nie stoi przed pustą szafką.
Pisałam niedawno o butach w przedpokoju i o tym, że niektórych rzeczy nie da się uporządkować, dopóki same nie zdecydują, że mają dość. Ale lista na lodówce to co innego. Lista działa od razu. Wystarczy długopis na sznurku i ktoś, kto zauważy, że nie ma masła.
Dziś na liście są: mleko, chleb, papier, „coś na obiad w czwartek”, mały rysunek cytryny z oczami i drukowanymi literami „BALON”. Nie wiem, po co Tymkowi balon. Kupię i zobaczę.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.