Przejdź do felietonu

Ludzie 4 min czytania

Kawa z przyjaciółką za trzy tygodnie

Z Dorotą przyjaźnimy się od pierwszego roku studiów. Kiedyś widywałyśmy się codziennie. Dziś, żeby wypić razem kawę, wyciągamy kalendarze i szukamy terminu jak dwie firmy przed negocjacjami.

Dwie filiżanki kawy na kawiarnianym stoliku

Piszę z balkonu pensjonatu nad morzem. Z balkonu widać kawałek wody, jeśli się wychylić, dokładnie jak na zdjęciach. Rafał i Tymek śpią po obiedzie, obaj w tej samej pozycji, z ręką pod policzkiem. Ja mam czterdzieści minut dla siebie i postanowiłam je wykorzystać na coś, co od tygodni chodzi mi po głowie. Na Dorotę.

Kawa za trzy tygodnie

Wczoraj Dorota przysłała mi wiadomość: „Jak wrócisz, kawa?”. Odpisałam: „Jasne! Kiedy?”. I zaczęło się. Ona nie może w poniedziałki, bo ma dyżur w szkole na wakacyjnych zajęciach. Ja nie mogę we wtorki i czwartki, bo jestem w biurze. W środy Tosia ma basen. W piątki Rafał ma spotkania z klientami i ja jestem z Tymkiem. Weekendy odpadają, bo weekendy są dla rodzin, a obie mamy rodziny, które bardzo tego pilnują.

Po dwudziestu wiadomościach ustaliłyśmy: środa, dwudziesty drugi lipca, szesnasta trzydzieści, kawiarnia w połowie drogi między nami, czyli gdzieś w centrum. Za niecałe trzy tygodnie. Obie dodałyśmy to do kalendarzy. Obie wiemy, że jest spora szansa, że któraś odwoła.

Kiedyś

Poznałyśmy się w październiku, na pierwszym roku polonistyki, na zajęciach z gramatyki opisowej. Siedziałyśmy obok siebie, bo tylko dwa krzesła były wolne. Po zajęciach okazało się, że obie nie znosimy imiesłowów i obie uwielbiamy Szymborską. To wystarczyło.

Przez pięć lat studiów byłyśmy nierozłączne. Mieszkałyśmy w akademiku na jednym piętrze, potem wynajmowałyśmy razem mieszkanie na Nadodrzu, z grzybem w łazience i właścicielem, który przychodził bez zapowiedzi „sprawdzić kaloryfery”. Widziałyśmy się codziennie, rano przy kawie, wieczorem przy winie. Nie trzeba było się umawiać. Wystarczyło zapukać.

Dorota była moją świadkową na ślubie. Ja byłam matką chrzestną Tosi. Wszystko to wydarzyło się w ciągu tych kilkunastu lat, podczas których przestałyśmy się widywać codziennie, potem co tydzień, potem co miesiąc.

Co się stało

Nic się nie stało. To jest najdziwniejsze. Nie pokłóciłyśmy się, nie oddaliłyśmy, nie znalazłyśmy nowych przyjaciółek. Po prostu życie zaczęło zajmować coraz więcej miejsca. Praca. Mężowie. Dzieci. Przeprowadzki. Dorota wyprowadziła się pod Wrocław, w stronę Kątów, i nagle dzieliło nas całe miasto. Z Psiego Pola do niej jedzie się godzinę w dobry dzień, w zły dłużej.

Przyjaźń po trzydziestce to przyjaźń na odległość, nawet jeśli mieszka się w tym samym mieście. Wymaga logistyki. Wymaga kalendarza. Wymaga odwagi, żeby po trzecim odwołanym spotkaniu nie uznać, że „widocznie nie jest nam po drodze”.

Kiedyś myślałam, że prawdziwa przyjaźń nie potrzebuje planowania. Że jeśli trzeba się umawiać z trzytygodniowym wyprzedzeniem, to znaczy, że coś się zepsuło. Dziś myślę odwrotnie. Nikt nie wyciąga kalendarza dla kogoś, na kim mu nie zależy.

Kalendarz w telefonie z przekreśloną datą

Spotkania, które się udają

Kiedy już uda nam się spotkać, jest tak, jakby nie było tych tygodni przerwy. Siadamy i od razu zaczynamy od środka. Bez „co słychać”, bez rozgrzewki. Dorota mówi o swojej klasie maturalnej, ja o autorce, która nie oddała poprawek. Potem o dzieciach. Potem o mężach, w wersji, której mężowie by nie chcieli usłyszeć. Potem o nas, o tym, czego się boimy, czego chcemy, co nas złości.

Najlepsze rozmowy mamy wtedy, kiedy coś idzie nie tak. W lutym, kiedy Dorota szukała przedszkola dla Tosi, spędziłyśmy razem cały dzień, jeżdżąc po okolicy i oglądając miejsca. To był najlepszy dzień z Dorotą od lat, choć formalnie był to dzień załatwiania. Może dlatego. Nie musiałyśmy nic udawać, nie musiałyśmy wypełniać czasu. Był powód, żeby być razem, a reszta przyszła sama.

Odwołane spotkania

Są też spotkania, które się nie udają. Tosia ma gorączkę. Tymek ma gorączkę. Pani Bożena zwołała zebranie na szesnastą. Rafał ma klienta, który nie może w innym terminie. Zalało piwnicę. Nie wiem, ile razy odwołałyśmy kawę w ostatnim roku. Kilka na pewno.

Kiedyś bym się przejmowała. Pisałabym długie przeprosiny, czułabym winę. Dziś wysyłam: „Nie dam rady, Tymek chory, przełóżmy”. I Dorota odpisuje: „Jasne, zdrowia dla niego, kiedy?”. I zaczynamy od nowa szukać terminu. Bez obrazy, bez wyrzutów.

Rozmowa z mamą o przyjaciółkach

Niedawno, podczas rozmowy z moją mamą na balkonie w Brzegu, zapytałam ją o przyjaciółki. Mama ma dwie, z liceum, i przyjaźnią się od ponad czterdziestu lat. Zapytałam, jak to robią. Mama powiedziała, że w latach, kiedy wszystkie miały małe dzieci, widywały się może raz na pół roku. Czasem rzadziej. Ale pisały do siebie listy, a potem, jak już był telefon, dzwoniły w niedziele. Teraz, na emeryturze, widują się co tydzień i nie mogą się nagadać.

Pocieszyło mnie to bardziej, niż się spodziewałam. Mama powiedziała jeszcze, że jedna z nich przez dwa lata nie odpisała na żaden list, a potem przyjechała na imieniny z ciastem, jakby nigdy nic.

Środa za trzy tygodnie

Tymek się obudził, słyszę, jak pyta Rafała, czy idziemy na plażę. Muszę kończyć. Ale zanim zamknę laptopa, wyślę Dorocie jeszcze jedną wiadomość. Zdjęcie morza z balkonu, ten mały kawałek wody, i podpis: „Dwudziesty drugi aktualny. Nie odwołuj”.

Wiem, że może odwołać. Ja też mogę. Wysyłam, zamykam laptopa i idę szukać drugiego klapka Tymka, który od rana leży gdzieś pod łóżkiem.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Ludzie

Cała rubryka →