Przejdź do felietonu

Książki 4 min czytania

Książki na urlop: jak pakuję czytanie do jednej torby

Walizki jeszcze puste, a ja od godziny stoję przed regałem i chcę zabrać nad morze wszystko. Od kilku lat obowiązuje u nas zasada jednej płóciennej torby. Nie zawsze jej przestrzegam, ale zawsze próbuję.

Książki w płóciennej torbie na ramię

Za tydzień jedziemy nad morze. Tydzień w pensjonacie, pokój z balkonem, z którego, jak obiecują zdjęcia w internecie, widać kawałek wody, jeśli się wychylić. Rafał już sprawdził, jak jechać, żeby ominąć korki. Tymek już spakował wiaderko, łopatkę i woreczek na kamienie, bo nad morzem, jak wiadomo, są najlepsze kamienie. Ja jeszcze nie spakowałam niczego oprócz książek. I książki są problemem.

Syndrom bufetu

Znam to uczucie od dziecka. Przed każdym wyjazdem na kolonie pakowałam do plecaka pięć książek, a mama wyjmowała cztery, bo „i tak nie przeczytasz, a będziesz dźwigać”. Miała rację, nie przeczytałam. Ale samo to, że miałam wybór, było ważne.

Na studiach bywało gorzej. Pamiętam wyjazd w Bieszczady, na który zabrałam siedem książek, w tym dwie grube lektury z literatury powszechnej, i przez cały tydzień padał deszcz, a ja przeczytałam trzy strony, bo cały czas graliśmy w karty w schronisku. Plecak ważył tyle, że na podejściach modliłam się, żeby ktoś go ukradł.

Po urodzeniu Tymka syndrom bufetu tylko się pogłębił. Bo teraz na wakacjach naprawdę jest mniej czasu na czytanie, a ja naprawdę chcę więcej. Im mniej mam szans, tym więcej biorę. To chyba jakiś rodzaj magicznego myślenia: jeśli wezmę dziesięć książek, może któraś przeczyta się sama.

Jedna torba

Kilka lat temu Rafał zaproponował, żebym na wyjazd brała tylko tyle książek, ile zmieści się w jednej płóciennej torbie. Tej konkretnej, szarej, z logo jakichś dawnych targów książki. Nie większej. Wszystko, co się nie zmieści, zostaje w domu.

Najpierw się oburzyłam. Potem zauważyłam, że torba jest całkiem pojemna. Potem zauważyłam, że Rafał wybrał tę torbę specjalnie, bo jest pojemna, i że cała ta zasada jest jego sposobem na to, żebym przestała pakować książki do jego walizki. Zgodziłam się.

Trzy rodzaje książek

Z czasem wypracowałam sobie system. Do torby wchodzą trzy rodzaje książek.

Jedna gruba. Taka, na którą w ciągu roku nie mam odwagi. Wakacje są dla mnie jedynym czasem, kiedy mogę zanurzyć się w czymś na kilkaset stron i nie gubić wątku, bo nie przerywa mi praca. W tym roku biorę „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout, którą zaczęłam wiosną i odłożyłam. To w zasadzie nie gruba powieść, tylko zbiór powiązanych opowiadań, ale czytana po dwadzieścia stron wieczorem rozpadała mi się w rękach. Na urlopie chcę ją przeczytać tak, jak się powinno: w kilka dni, żeby te wszystkie miasteczkowe historie złożyły się w jedną.

Jedna lekka. Kryminał, najlepiej klasyczny. Na plażę, na ręcznik, na te dwadzieścia minut, kiedy Tymek buduje zamek, a Rafał go nadzoruje. W tym roku Agatha Christie, „Morderstwo w Orient Expressie”, które czytałam w liceum i którego zakończenie pamiętam, co mi wcale nie przeszkadza. Christie czytana po raz drugi to inna książka. Widać, jak pięknie oszukuje.

Jedna niespodziewana. Coś, czego normalnie bym nie wybrała. Reportaż, poezja, książka o czymś, o czym nie mam pojęcia. W tym roku „Gottland” Mariusza Szczygła, bo Jolka z pracy od lat mi go wciska, a ja od lat odpowiadam, że „kiedyś”. Kiedyś właśnie nadchodzi.

Książka w miękkiej okładce na ręczniku plażowym

Czwarta, która się nie liczy

Jest jeszcze czwarta kategoria, która formalnie nie wchodzi do torby, tylko do walizki Tymka. Książki do czytania na głos. Pisałam niedawno o książkach, przy których się z synem nie nudzimy, i to z tej listy wybieramy. Na wakacje biorę zawsze coś nowego, żeby wieczory w pensjonacie miały smak przygody. W tym roku „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren. Czytałam je jako dziecko, na wsi u dziadków, i pamiętam głównie uczucie letniego spokoju, którego nie umiem nazwać. Chcę sprawdzić, czy Tymek poczuje to samo.

Tymek sam dopakował do walizki „Mikołajka”. Na wszelki wypadek, jak powiedział. Po matce.

Czego nie biorę

Nie biorę maszynopisów. To jest twarda zasada, którą wprowadziłam po zeszłorocznym urlopie, kiedy przez trzy dni poprawiałam na leżaku książkę o zarządzaniu czasem i na koniec byłam bardziej zmęczona niż przed wyjazdem. Pani Bożena, moja naczelna, nie była zachwycona, że w tym roku nie wezmę roboty. Wydawnictwo przetrwa tydzień beze mnie.

Nie biorę też czytnika. Wiem, że to byłoby rozsądne. Jeden czytnik, sto książek, zero kilogramów. Ale na urlopie chcę papieru. Chcę, żeby książka pachniała kremem do opalania, żeby miała ziarnka piasku między kartkami, które wypadną w listopadzie, gdy ją otworzę w tramwaju. Czytnik tego nie da.

Ile przeczytam

Realnie? Pewnie jedną i pół. Kryminał na pewno, bo kryminały czyta się same. Strout może. Szczygła zacznę i skończę w sierpniu w domu. Ale to nie ma znaczenia. Zasada dwudziestu stron wieczorem, którą wprowadziłam, żeby wrócić do czytania, na urlopie zawieszam. Nad morzem nie liczę stron.

Torba stoi już w przedpokoju. Trzy książki, notes, ołówek, okulary przeciwsłoneczne. Rafał rzucił na nią okiem i zapytał, czy to wszystko. Powiedziałam, że tak. Nie powiedziałam, że w jego walizce, pod kąpielówkami, leży jeszcze tomik Szymborskiej. Tomiki się nie liczą. To też jest zasada. Właśnie ją wymyśliłam.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Książki

Cała rubryka →