Dlaczego czytam trzy książki naraz i nie mam wyrzutów
Na mojej szafce leżą trzy otwarte książki. W torbie czwarta, ale ta się nie liczy. Kiedyś uważałam, że to oznaka braku charakteru. Dziś uważam, że to po prostu sposób, w jaki czytam, kiedy mam trzydzieści sześć lat i sześcioletniego syna.
Mama, kiedy była u nas w zeszłym tygodniu, zauważyła na szafce trzy książki, każdą z zakładką w innym miejscu. Popatrzyła na nie, potem na mnie, i powiedziała, że no ale ona nic nie mówi. Potem dodała, że za jej czasów czytało się jedną książkę, od początku do końca, a potem następną. Tak jak się je jeden obiad, a nie trzy naraz.
Mama ma w wielu sprawach rację. W tej akurat nie. A przynajmniej nie w moim przypadku.
Kiedyś jedna
Kiedyś czytałam tak jak mama. Jedna książka, od pierwszej do ostatniej strony. Zaczynanie drugiej przed skończeniem pierwszej wydawało mi się zdradą. Nawet jeśli książka mnie nudziła, brnęłam, bo przecież „trzeba skończyć”. Na studiach to się przydawało, bo lektur było tyle, że trzeba je było połykać po kolei, jak tabletki.
Potem przyszło macierzyństwo i przez kilka lat nie czytałam prawie nic. Kiedy wróciłam do czytania dzięki zasadzie dwudziestu stron wieczorem, zauważyłam, że jedna książka mi nie wystarcza. Nie dlatego, że czytam dużo. Dlatego, że mam różne nastroje, a jedna książka nie pasuje do wszystkich.
Trzy książki na trzy pory
Teraz mam trzy książki, każdą na inną okazję. Nie jest to system, który wymyśliłam. Raczej coś, co się samo ułożyło.
Książka tramwajowa. Czytam ją w drodze do pracy i z pracy, dwa razy w tygodniu, po pół godziny w jedną stronę. Musi być lekka w sensie fizycznym, bo noszę ją w torbie, i podzielona na krótkie kawałki, bo tramwaj ma swoje przystanki, a ja muszę pamiętać, kiedy wysiąść. Najlepiej sprawdzają się reportaże i zbiory esejów. Teraz to „Gottland” Mariusza Szczygła, który zaczęłam nad morzem, jak planowałam, pakując książki na urlop do jednej torby. Każdy rozdział to osobna czeska historia, zamknięta, idealna na jeden przejazd przez most nad Odrą.
Książka nocna. Tę czytam w łóżku, przed snem, moje dwadzieścia stron. Musi być powieścią, z bohaterami, z fabułą, z czymś, co mnie wciągnie i pozwoli zapomnieć o dniu. Teraz czytam „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Czytałam ją lata temu, ale zapomniałam prawie wszystko poza tym, że narratorka ma swoje przekonania o astrologii i bardzo nie lubi myśliwych. Wracam do niej i znowu jestem w tym zaśnieżonym domu w Kotlinie Kłodzkiej, zimą, choć za oknem trzydzieści stopni. To jest kolejna rzecz, którą lubię w czytaniu: że można mieć zimę w lipcu.
Książka poranna. To moja nowość. Rano, przy jedynej kawie dnia, zanim wstanie Tymek, mam dziesięć minut. Dziesięć minut to za mało na powieść, ale w sam raz na coś krótkiego. Teraz to „Lektury nadobowiązkowe” Wisławy Szymborskiej, czyli jej felietony o książkach, pisane przez lata do gazet. Każdy tekst ma półtorej strony. Szymborska pisze w nich o poradnikach, słownikach, albumach, o książkach o zwierzętach, modzie i dawnych obyczajach. Z ironią, ciepło i bez wywyższania się. Czytam jeden tekst przy kawie i mam uśmiech na cały ranek.
Czwarta, która się nie liczy
Jest jeszcze czwarta książka. Ta, którą redaguję w pracy. W tej chwili jest to przekład powieści obyczajowej, dość długiej, o rodzinie, która przez trzy pokolenia prowadzi hotel nad jeziorem. Czytam ją osiem godzin dziennie, zdanie po zdaniu, z ołówkiem. Znam ją lepiej niż autorka. Ale ona się nie liczy, bo to praca.
Czasem zdarza się, że wszystkie cztery książki mieszają mi się w głowie. Narratorka Tokarczuk zaczyna mówić jak Szymborska. Czeski bohater Szczygła trafia do hotelu nad jeziorem. Wtedy wiem, że jestem zmęczona i trzeba iść spać wcześniej.
A wyrzuty?
Przez pierwsze miesiące miałam wyrzuty. Że nie kończę. Że się rozpraszam. Że prawdziwy czytelnik, a przecież jestem czytelniczką zawodową, powinien umieć skupić się na jednej rzeczy. Rozmawiałam o tym z Jolką z pracy, która czyta chyba pięć książek naraz i ma to w nosie. Jolka powiedziała mi coś, co zapamiętałam: że z książkami jest jak z ludźmi. Nie przyjaźnisz się tylko z jedną osobą. Masz przyjaciółkę od rozmów o życiu, kolegę od śmiechu i sąsiadkę od podlewania kwiatów. Każdy jest ci potrzebny na co innego.
Nie wiem, czy to mądre, ale mnie przekonało. Moja nocna Tokarczuk to przyjaciółka od rozmów o życiu. Szczygieł w tramwaju to znajomy, z którym dobrze się gada w drodze. Szymborska przy kawie to ciocia, która zawsze rozbawi. Nie muszę wybierać jednej.
Co się kończy, a co nie
Czy kończę te książki? Kończę. Wolniej niż kiedyś, ale kończę. Tramwajowa zwykle pierwsza, bo czytam ją najregularniej. Nocna zajmuje mi miesiąc, czasem dwa. Poranna nigdy się nie kończy, bo kiedy skończę jedną, zaczynam następną z tej samej półki. Po Szymborskiej planuję eseje Marcina Wichy. Potem zobaczymy.
Są też książki, których nie kończę wcale. Nie mam z tym problemu. Jeśli po stu stronach nic się we mnie nie rusza, odkładam na półkę. Może wrócę za rok. Może nigdy. Szymborska w tych felietonach bez skrępowania pisze też o książkach, które jej nie przekonały, i uznaję to za pozwolenie.
Obiad
Mama po wizycie zadzwoniła jeszcze wieczorem, żeby zapytać o coś zupełnie innego. Pod koniec rozmowy dodała: a te trzy książki, to która jest najlepsza? Powiedziałam, że każda jest najlepsza do czegoś innego. Mama pomyślała i powiedziała, że to tak jak z jej przyjaciółkami z liceum. Jedna od gotowania, druga od narzekania.
Potem zapytała, czy zostały nam jeszcze ogórki od teściowej, i do końca rozmowy mówiłyśmy już tylko o ogórkach.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.