Przejdź do felietonu

Książki 4 min czytania

Dwadzieścia stron wieczorem: jak wróciłam do czytania

Czytam zawodowo osiem godzin dziennie, a przez pięć lat nie przeczytałam prawie żadnej książki dla siebie. Wróciłam do czytania dzięki liczbie tak małej, że aż śmiesznej.

Otwarta książka na nocnej szafce obok zapalonej lampki

Jest taki rodzaj wstydu, który znają chyba tylko ludzie pracujący z książkami. Ktoś na imieninach dowiaduje się, że jesteś redaktorką w wydawnictwie, rozpromienia się i pyta: a co pani teraz czyta? A ty wiesz, że prawdziwa odpowiedź brzmi „trzysta stron maszynopisu o optymalizacji snu, w którym autor czterdzieści razy użył słowa kluczowy”, i że dla siebie nie przeczytałaś niczego od miesięcy. Od lat, jeśli mam być uczciwa.

Jak to się stało

Przed Tymkiem czytałam dużo. Na studiach polonistycznych to był obowiązek, ale i później, już w pracy, połykałam książki w tramwaju, w wannie, w kolejce do lekarza. Sto stron wieczorem nie było niczym wyjątkowym. Miałam na nocnej szafce stos, który rósł z jednej strony i malał z drugiej, i ten ruch był dla mnie jak oddech.

Potem urodził się syn. Pierwszy rok to wiadomo, czytałam etykiety na kaszkach i instrukcje do fotelika. Drugi rok był niewiele lepszy. A potem wróciłam do pracy i okazało się, że po ośmiu godzinach czytania zawodowego oczy mówią dość. Wieczorem sięgałam po telefon, bo telefon nie wymagał niczego. Przewijałam cudze kuchnie, cudze wakacje, cudze dzieci, które jadły brokuły. Zasypiałam z telefonem na twarzy.

Stos na szafce przestał się ruszać. Zaczął się kurzyć. Rafał w pewnym momencie postawił na nim doniczkę, co było bolesne, ale uczciwe.

Liczba, która mnie uratowała

Zeszłej jesieni Jolka z mojego pokoju w wydawnictwie, która robi korektę i wie o wszystkich wszystko, powiedziała mi przy kawie, że czyta dwadzieścia stron dziennie. Nie więcej. Nie mniej. Dwadzieścia stron to według niej tyle, że zawsze się da, nawet w najgorszy dzień, i dość, żeby książka się posuwała.

Wyśmiałam to najpierw w duchu. Dwadzieścia stron? To jest rozdział w porządnej powieści, czasem pół. To jest nic. Ale tego samego wieczoru zdjęłam doniczkę ze stosu i przeczytałam dwadzieścia stron. Zajęło mi to niecałe pół godziny. Następnego dnia znowu. I nagle, po tygodniu, miałam przeczytane sto czterdzieści stron książki, której nie ruszałam od dwóch lat.

Zasada jest głupio prosta i dlatego działa. Nie obiecuję sobie, że „zacznę więcej czytać”. Obiecuję dwadzieścia stron. Jeśli się rozczytam, czytam dalej, oczywiście. Ale jeśli mam za sobą dzień, w którym Tymek zgubił kapcie, autorka nie oddała poprawek, a na obiad były parówki, bo nic innego nie zdążyłam, to dwadzieścia stron wystarczy i mogę zgasić lampkę z czystym sumieniem.

Stos książek w miękkich okładkach przy oknie

Telefon w kuchni

Druga rzecz, która pomogła, była mniej przyjemna. Telefon nocuje w kuchni. Ładuje się przy czajniku, obok zielistki, którą dostałam od sąsiadki. Do sypialni nie wchodzi. Budzik mam stary, na baterie, z tarczą, jak u babci.

Pierwsze dni były dziwne. Ręka sama szukała telefonu na szafce, jak u palacza, który rzuca. Leżałam z książką i czułam, jak w kuchni coś na mnie czeka. Ale po tygodniu to minęło, a po dwóch zaczęłam zasypiać szybciej. Nie wiem, czy to kwestia ekranu, czy po prostu tego, że książka ma koniec rozdziału, a przewijanie nie ma końca niczego.

Rafał przyłączył się po miesiącu. Czyta komiksy i albumy z ilustracjami, co mnie trochę bawi, bo trzydzieści stron komiksu to pięć minut. Ustaliliśmy, że u niego liczy się czas, nie strony.

Czego się nauczyłam o własnym czytaniu

Kilka rzeczy mnie zaskoczyło.

Po pierwsze, zmienił mi się gust. Kiedyś chciałam grubych powieści, sag, wielkich historii. Teraz najlepiej czyta mi się rzeczy krótsze i gęste. Wróciłam do „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” Marcina Wichy, książki o porządkowaniu mieszkania po zmarłej matce, i czytałam ją powoli, po kilka stron, bo każde zdanie było do obejrzenia z dwóch stron. Wcześniej przeczytałam ją w jeden wieczór i niewiele zapamiętałam.

Po drugie, przestałam kończyć książki z obowiązku. Kiedyś każdą doczytywałam do końca, z uporem, jakbym zdawała egzamin. Teraz, jeśli po osiemdziesięciu stronach nic się we mnie nie rusza, odkładam. Mam za mało wieczorów, żeby wydawać je na coś, co mnie nudzi. W pracy muszę przeczytać wszystko. W łóżku nie muszę.

Po trzecie, dobrze mi robi czytanie rzeczy spoza mojej zawodowej działki. Redaguję głównie prozę przekładową i trochę poradników, więc wieczorem sięgam po reportaże, eseje, poezję. Szymborska w wydaniu zbiorczym leży teraz na szafce na stałe. Jeden wiersz, kiedy nawet dwadzieścia stron to za dużo, też się liczy. Sama tak ustaliłam.

Stos znowu się rusza

Dziś stos na szafce ma siedem książek. Na dole leży „Olive Kitteridge” Elizabeth Strout, którą zaczęłam i odłożyłam, i do której na pewno wrócę, bo ta zgryźliwa nauczycielka z miasteczka w Maine przypomina mi kogoś z rodziny, nie powiem kogo. Wyżej Hanna Krall, wyżej dwa kryminały, które przeczytam w wakacje, a na samej górze ta, którą czytam teraz.

Nie wiem, ile książek przeczytam w tym roku. Nie liczę. Liczę tylko do dwudziestu i to wystarczy.

A kiedy następnym razem ktoś na imieninach zapyta, co czytam, powiem prawdę. Że dwadzieścia stron wieczorem.

Jeśli ktoś z Was jest w miejscu, w którym ja byłam dwa lata temu, zmęczony, z telefonem przy poduszce i doniczką na stosie książek, niech spróbuje. Nie od jutra na poważnie. Od dziś na niby, dwadzieścia stron. To jest zresztą ta sama metoda, którą stosuję wobec przedpokoju, o czym pisałam przy okazji butów, których nikt nie odkłada: nie walczyć ze wszystkim naraz, tylko zrobić jedną małą rzecz i popatrzeć, co się stanie.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Książki

Cała rubryka →