Jesienne czytanie: książki na dłuższe wieczory
We wrześniu, kiedy o ósmej wieczorem robi się ciemno, zmienia mi się czytanie. Latem chcę książek lekkich jak sukienka. Jesienią chcę takich, w które da się zawinąć jak w koc. Oto kilka, które czekają na mnie w tym roku.
W zeszłą niedzielę pierwszy raz od maja zapaliłam lampę w salonie przed dziewiątą. Tymek już spał, Rafał siedział w pracowni nad okładką, a ja przyniosłam z sypialni koc, ten szary, gryzący, po babci, i zawinęłam się w fotelu. Za oknem wiało, na parapecie leżały pierwsze liście, które Tymek przyniósł ze szkolnego boiska jako „prezent dla zielistki”. I poczułam to, co czuję każdej jesieni. Że zaczyna się sezon czytania.
Czytanie ma pory roku
Nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale moje czytanie zmienia się razem z pogodą. Latem czytam lekko, na plaży, w pociągu, na balkonie. Kryminały, opowiadania, reportaże w krótkich rozdziałach, cokolwiek, co zniesie piasek i krem do opalania. Pisałam o tym, pakując książki na urlop do jednej torby.
Jesienią wszystko zwalnia. Wieczory są dłuższe, Tymek zasypia wcześniej, bo zerówka go męczy, a na dworze nie ma już po co siedzieć. Wtedy mam ochotę na książki, które wymagają czasu. Na zdania, które trzeba przeczytać dwa razy. Na powieści, w których nic się nie dzieje przez pięćdziesiąt stron, a potem nagle dzieje się wszystko.
Nie jest to lista „najlepszych książek na jesień”. Nie wierzę w takie listy, choć sama je czasem redaguję. To po prostu książki, które leżą na mojej szafce na najbliższe tygodnie. Niektóre czytam po raz pierwszy, niektóre po raz kolejny.
„Perswazje” Jane Austen
Zaczynam od Austen, bo to moja jesienna tradycja od studiów. „Perswazje” to jej ostatnia ukończona powieść i najbardziej jesienna, jaką znam. Bohaterka, Anne Elliot, ma dwadzieścia siedem lat, co na tamte czasy oznacza, że jest już właściwie po wszystkim. Osiem lat wcześniej dała się przekonać, żeby odrzucić oświadczyny mężczyzny, którego kochała. Teraz on wraca. A ona musi patrzeć, jak się z nią nie liczy.
Czytałam „Perswazje” pierwszy raz w wieku dwudziestu lat i wtedy wydawały mi się smutne. Czytałam je w wieku trzydziestu i wydawały mi się mądre. Ciekawa jestem, jakie się wydadzą teraz. Jest w tej powieści słynny jesienny spacer, na którym Anne idzie z grupą i słyszy rozmowę, która zmienia wszystko. Za każdym razem czekam na ten rozdział jak na list.
„Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro
Druga to „Okruchy dnia” Ishiguro. Stary kamerdyner, Stevens, jedzie samochodem przez Anglię, żeby odwiedzić dawną współpracowniczkę. Po drodze wspomina lata służby, swojego pana, swoje przekonanie, że najwyższą wartością jest godność i powściągliwość. I stopniowo, bardzo powoli, czytelnik zaczyna rozumieć, czego Stevens sam sobie nie mówi.
To jest książka, którą czyta się jak redaktor. Uważnie, zdanie po zdaniu, wyłapując to, czego w tekście nie ma. Stevens jest narratorem, który mówi dużo, żeby nie powiedzieć najważniejszego. Mam wrażenie, że znam takich ludzi. Może nawet trochę taką osobą jestem, w dni, kiedy mówię, że wszystko w porządku.
„Traktat o łuskaniu fasoli” Wiesława Myśliwskiego
Trzecia to Myśliwski. „Traktat o łuskaniu fasoli” to jedna długa opowieść starego człowieka, który mieszka nad jeziorem i opowiada swoje życie przybyszowi, który przyszedł kupić fasolę. Nie ma tu rozdziałów w zwykłym sensie. Jest głos, który płynie, wraca, zmienia temat, wraca znowu. Czyta się to wolno, jak słucha się opowieści dziadka przy stole. Nie da się tego przyspieszyć.
Myśliwski to autor, do którego sięgam wtedy, kiedy mam dość współczesności. Kiedy za dużo telefonu, maili od pani Bożeny, grup rodziców w komunikatorze. Wtedy siadam z jego zdaniami, długimi jak październikowe popołudnie, i pozwalam się prowadzić. Nie zawsze wiem, dokąd. To mi nie przeszkadza.
„Zima Muminków” Tove Jansson
Czwarta to książka dla Tymka, ale też trochę dla mnie. Muminki czytamy wieczorami od zimy, o czym pisałam przy okazji książek, przy których się z synem nie nudzimy. Teraz przyszła kolej na „Zimę Muminków”, w której Muminek budzi się w środku zimowego snu i nie może zasnąć z powrotem. Cała rodzina śpi, a on musi sam poznać świat, który jest zimny, ciemny i obcy.
Tymek zna to uczucie, choć jeszcze nie umie go nazwać. Zerówka to jego zima Muminków. Nowy świat, w którym wszystko jest inne, a on musi sobie poradzić. Czytam mu to i patrzę, czy rozpoznaje siebie. Na razie rozpoznaje głównie Małą Mi, która jest złośliwa i niczego się nie boi. To też dobrze.
Jak czytam jesienią
Jesienią wracam do zasady, która pozwoliła mi w ogóle wrócić do czytania: dwadzieścia stron wieczorem. Latem się rozluźniła, jak wszystko latem. Teraz wraca. Ale jesienią dwadzieścia stron często zamienia się w pięćdziesiąt, bo nie ma dokąd iść, a koc jest ciepły.
Wracam też do mojego systemu trzech książek naraz. Austen będzie nocna. Ishiguro tramwajowy, bo ma krótkie rozdziały i dobrze się czyta w drodze. Myśliwski weekendowy, na długie sobotnie popołudnia, kiedy Rafał zabiera Tymka na basen. A Muminki są wspólne.
Koc, lampa, herbata
Nie wiem, ile z tego przeczytam do Bożego Narodzenia. Może wszystko. Może połowę. Jesień ma to do siebie, że wydaje się długa, a potem nagle jest grudzień i ktoś pyta, co chcesz pod choinkę. Odpowiadam zawsze to samo: książkę. I tak co roku stos na szafce rośnie szybciej, niż maleje.
Dziś jest wieczór, lampa się pali, koc gryzie, a herbata z imbirem stygnie na stoliku, bo zapomniałam o niej, czytając. Za oknem wieje. Liście na parapecie wysychają. Tymek śpi. Rafał wyszedł z pracowni i usiadł obok z komiksem. Przesunęłam koc, żeby starczyło na dwoje, i przewróciłam kartkę.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.