Czytanie na głos sześciolatkowi: książki, przy których oboje się nie nudzimy
Są książki dla dzieci, które czyta się na głos z przyjemnością, i takie, przy których po trzeciej stronie zaczynam ziewać razem z synem. Po sześciu latach wieczornego czytania mam swoją krótką listę tych pierwszych.
Wieczorne czytanie jest u nas najstarszym rytuałem w domu. Starszym niż lista na lodówce, starszym niż tabelka „kto odbiera”. Zaczęło się, kiedy Tymek miał kilka miesięcy i nic nie rozumiał, a ja czytałam mu cokolwiek, co miałam pod ręką, czasem fragmenty maszynopisów, bo rytm zdań był ważniejszy od treści. Mam nadzieję, że nie zaszkodził mu poradnik o inwestowaniu w nieruchomości.
Dziś Tymek ma sześć lat i bardzo konkretne zdanie. Wybiera sam. Siedzi w piżamie, z Panem Lisem pod pachą, i mówi, co dziś. Ja mogę zaproponować, ale jego weto jest ostateczne.
Nudzić się na głos
Najpierw wyznanie, którego nie powinna robić redaktorka i matka: niektóre książki dla dzieci mnie nudzą. Nie mówię o tych dla niemowląt, gdzie na każdej stronie jest jeden kotek. To w porządku, te czyta się minutę. Mówię o takich, gdzie na trzydziestu stronach bohater uczy się dzielić zabawkami, a każde zdanie brzmi jak z ulotki. Czytam je z coraz bardziej płaskim głosem, a Tymek, który jest bardzo czujny, pod koniec pyta: mama, a ty śpisz?
Doszłam do wniosku, że czytanie na głos działa tylko wtedy, kiedy przyjemność jest po obu stronach. Dziecko słyszy, czy czytający się bawi. Słyszy w głosie. Dlatego trzymam się książek, przy których ja też czekam na następną stronę.
Mikołajek
Na pierwszym miejscu, bez dyskusji, „Mikołajek” Goscinnego z rysunkami Sempégo. Czytałam go jako dziecko i myślałam, że to książka dla dzieci. Czytam go dziś i wiem, że to książka dla dorosłych, którzy udają, że czytają dzieciom. Te wszystkie sceny z rodzicami, którzy się kłócą o to, kto zapomniał, z tatą, który obiecuje, że „jutro na pewno”, z panią w szkole, która traci cierpliwość w najbardziej ludzki sposób. Śmieję się w miejscach, w których Tymek się nie śmieje, i odwrotnie. Idealny układ.
Tymek najbardziej lubi opowiadania o kolegach Mikołajka, każdy ma swoją cechę, jeden ciągle je, drugi jest prymusem, trzeci ma bogatego tatę. Teraz, kiedy mówi o dzieciach z przedszkola, czasem mówi „on jest jak Alcest”. Wiem od razu, o co chodzi.
Pettson i Findus
Seria Svena Nordqvista o starym, trochę dziwacznym gospodarzu i jego gadającym kocie w zielonych spodniach. Tu pierwsze skrzypce grają ilustracje. Na każdej stronie jest mnóstwo drobiazgów: myszki w szufladach, dziwne stworki pod stołem, narzędzia, których nikt nie używa. Rafał jako grafik uwielbia te książki i kiedy on czyta, trwa to dwa razy dłużej, bo zatrzymuje się przy każdym obrazku i razem z Tymkiem szukają, „co tu się jeszcze dzieje”.
Pettson to też bohater, z którym się utożsamiam bardziej, niż bym chciała. Chce mieć spokój, a kot ciągle wymyśla coś nowego. Robi, co może, żeby sprostać, i wychodzi mu to krzywo, ale z miłością. Znam ten układ.
Pan Kuleczka
Seria Wojciecha Widłaka o Panu Kuleczce, który mieszka z psem, kaczką i muchą. To są bardzo krótkie opowiadania, na jeden wieczór, idealne na dni, w których nie mam już głosu. Nie ma w nich żadnej akcji w sensie przygodowym. Ktoś się smuci, ktoś czegoś nie rozumie, Pan Kuleczka mówi coś spokojnego. Brzmi nudno, a jest kojące jak herbata.
Pan Kuleczka jest też jednym z nielicznych dorosłych w literaturze dziecięcej, którzy nie pouczają. Po prostu są obok. Chciałabym być takim dorosłym. Zwykle jestem Pettsonem.
Muminki
Do Muminków dojrzeliśmy dopiero tej zimy. Wcześniej Tymek się ich bał, zwłaszcza Buki, i ja go rozumiem, bo w dzieciństwie też bałam się Buki. Tove Jansson pisze dla dzieci tak, jakby dzieci były mądrymi ludźmi, tylko mniejszymi. Nie ma u niej tłumaczenia, co autor miał na myśli. Są dziwne stworzenia, jest melancholia, jest zima, w czasie której wszyscy śpią, a jeden Muminek się budzi i nie wie, co ze sobą zrobić.
Czytamy po rozdziale. Czasem po pół. Muminki są gęste i Tymek czasem zasypia w połowie, ale nazajutrz pamięta dokładnie, na czym stanęliśmy. Ja nie zawsze.
Fantastyczny pan Lis
Tu mam osobistą historię. Pluszowy lis Tymka, bez którego nie zasypia, nazywa się Pan Lis właśnie od książki Roalda Dahla. Tyle że nazwał go tak, zanim w ogóle ją poznał, bo tak nazywał go Rafał, a Rafał czytał Dahla w dzieciństwie. Kiedy w końcu przeczytaliśmy tę książkę, Tymek był wstrząśnięty, że jego lis ma książkę o sobie. Słuchał z wypiekami, jak lis przechytrza trzech okropnych farmerów. Potem kazał przeczytać jeszcze raz. I jeszcze.
Dahl ma w sobie złośliwość, którą dzieci uwielbiają. Dorośli w jego książkach bywają głupi, chciwi i okropni, a dzieci i zwierzęta sprytniejsze. Dla sześciolatka to czysta sprawiedliwość dziejowa.
Czego nie czytamy
Nie będę wymieniać tytułów, ale jest cała półka książek, które dostaliśmy w prezencie, z morałami, z dużymi literami, z rymami na siłę. Nie wyrzucam ich, bo Tymek czasem sam je przegląda. Ale na głos nie czytam. Mam za mało wieczorów.
To jest ta sama zasada, którą sama sobie wprowadziłam przy powrocie do czytania dla siebie: jeśli coś mnie nudzi, odkładam. Z jedną różnicą. Przy dziecku decyzja nie należy do mnie. Tymek potrafi chcieć tej samej, dla mnie nieznośnej książki przez dwa tygodnie. Wtedy czytam ją z różnymi głosami, żeby przeżyć. Kaczka u mnie mówi z akcentem, pies seplenie. Tymek nie wie, że to akt desperacji. Myśli, że to talent.
Na koniec rozdziału
Za rok Tymek zacznie czytać sam. Może zacznie wcześniej, bo już teraz składa litery ze szczególnym upodobaniem do napisów na tramwajach. Będzie czytał sam i przyjdzie dzień, w którym powie, że już nie musimy czytać razem.
Wiem, że tak będzie, i wiem, że to dobrze. Ale na razie mam ten wieczorny kwadrans. Pan Lis pod pachą, piżama z dinozaurami, której faza minęła, ale piżama jeszcze pasuje, lampka, książka. I pytanie, które pada co wieczór, kiedy zamykam okładkę: a jutro będzie ciąg dalszy?
Mówię, że będzie. Gaszę lampkę, poprawiam Panu Lisowi ucho, które zawsze zawija się pod poduszkę, i odkładam książkę na parapet, otwartą grzbietem do góry.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.