Przejdź do felietonu

Mama 4 min czytania

Koszyczek, który w Wielką Sobotę trzeba nieść samemu

W tym roku Tymek oznajmił, że koszyczek do święcenia poniesie sam. Od drzwi mojej mamy do kościoła jest siedemset metrów. Przez te siedemset metrów nauczyłam się więcej niż przez cały Wielki Post.

Mały wiklinowy koszyczek wielkanocny trzymany w dziecięcych dłoniach

Piszę to w Wielką Sobotę wieczorem, w Brzegu, w pokoju, który kiedyś był mój, a dziś jest pokojem „dla wnuka”. Na biurku, przy którym odrabiałam lekcje z biologii pod okiem mamy nauczycielki, stoi koszyczek. Wyświęcony, przykryty serwetką, z jednym jajkiem mniej, niż miał rano. Ale o tym za chwilę.

Decyzja zapadła przy śniadaniu

Tymek ma sześć lat i od kilku miesięcy wszystko robi sam. Sam zapina kurtkę (krzywo), sam smaruje chleb (grubo), sam wybiera skarpetki (nie do pary, bo „pary są nudne”, co brzmi podejrzanie jak cytat z ojca). Rano, kiedy moja mama wyjęła z szafy koszyczek z wikliny, ten sam, z którym chodziłam do święcenia ja, Tymek odstawił kubek z kakao i powiedział spokojnie: w tym roku niosę sam.

Mama spojrzała na mnie. Ja spojrzałam na Rafała. Rafał spojrzał w okno, bo Rafał jest grafikiem i w chwilach napięcia zawsze sprawdza, jak pada światło.

Nikt nie powiedział „nie”. Ale każde z nas w myślach od razu policzyło, co może pójść źle. Mama, bo jajka malowała sama, cebulą i ziołami, jak co roku. Ja, bo wiem, jak Tymek chodzi: zygzakiem, z przystankami na każdy kamień. Rafał, bo w zeszłym roku to on niósł koszyk i wie, że jest cięższy, niż wygląda.

Co się wkłada do koszyczka sześciolatka

Najpierw było pakowanie. Tu też Tymek miał swoje zdanie. Chleb tak, bo „chleb musi być”. Sól tak, bo babcia powiedziała, że sól jest ważna, a babci się nie dyskutuje. Kiełbasa tak, ale tylko jeden kawałek, bo dwa się nie mieszczą obok baranka. Chrzan w słoiczku po koncentracie, jak zawsze u nas. Baranek z cukru, lekko nadgryziony w zeszłym tygodniu, co wszyscy dyskretnie przemilczeliśmy.

A potem jajka. Tymek wybierał je długo. Mama pomalowała dwanaście, do koszyczka weszły cztery. Te z liśćmi odbitymi na skorupce, bo „wyglądają jak mapy”. Brązowe od cebuli, z jasnymi śladami pietruszki i koperku. Ja pamiętam z dzieciństwa, jak mama owijała jajka pończochą, żeby listek się trzymał. Robi to do dziś. Tymek był przekonany, że babcia rysuje te liście cienkim pędzelkiem, i nie wyprowadziłam go z błędu.

Na koniec dołożył coś od siebie. Kamyk z parapetu. Wyjaśnił, że ksiądz może poświęcić też kamyk, bo „to też jest z ziemi”. Mama otworzyła usta, zamknęła je i powiedziała, że no ale ona nic nie mówi. To jej ulubione zdanie. Zawsze po nim wiadomo, co myśli.

Malowane jajka na lnianym obrusie

Siedemset metrów

Z mieszkania rodziców do kościoła idzie się kawałek wzdłuż parku, potem przez przejście, potem pod górkę. Siedemset metrów, sprawdził kiedyś tata, który lubi takie rzeczy wiedzieć. Dorosły przejdzie to w osiem minut. Z sześciolatkiem niosącym koszyczek zajęło nam to dwadzieścia pięć.

Po pierwszych stu metrach Tymek przełożył koszyk do drugiej ręki. Po dwustu przyznał, że jest ciężki, ale „w sam raz”. Przy przejściu dla pieszych chciałam go wziąć za rękę, ale miał obie zajęte, więc wziął mnie za rękaw łokciem, jakby prowadził staruszkę. Pod górkę szedł bardzo wolno i bardzo prosto, z koszykiem trzymanym przed sobą oburącz, jak coś, co może wybuchnąć.

I wtedy zobaczyłam siebie. Szłam pół kroku za nim, z rękami trochę uniesionymi, gotowa złapać. Mama szła z drugiej strony w tej samej pozie. Rafał z tyłu, z telefonem, ale też z jedną ręką wysuniętą. Wyglądaliśmy jak ochrona prezydenta. Trzech dorosłych asekurujących sześciolatka z kiełbasą.

Najtrudniejsze było nie pomóc. Mówię to zupełnie serio. W pracy poprawiam cudze zdania i to jest moja rola, nikt się nie obraża. W macierzyństwie odruch poprawiania jest ten sam, tylko tu czasem trzeba go powstrzymać. Koszyk przechylił się dwa razy. Serwetka spadła raz. Tymek sam ją podniósł, sam położył z powrotem, trochę krzywo. Nie poprawiłam. Chciałam, ręka już szła, ale nie poprawiłam.

Przy stole ze święconką

W kościele było tłoczno, jak zawsze w Wielką Sobotę przed południem. Stoły z białymi obrusami, rzędy koszyków, jedne ogromne z wieżami z jajek, inne malutkie, z jednym jajkiem i jedną gałązką bukszpanu. Tymek postawił nasz koszyk między jakimś wielkim, z haftowaną serwetką, a tekturowym pudełkiem od kogoś, kto najwyraźniej wybiegł z domu w ostatniej chwili. Stał przy tym koszyku jak strażnik.

Kiedy ksiądz szedł z kropidłem, Tymek zamknął oczy. Nie wiem, czy się modlił, czy bał się wody. Kropla trafiła go w czoło i otarł ją rękawem z miną człowieka, który coś zaliczył.

W drodze powrotnej koszyk niósł już Rafał. Tymek po prostu mu go podał przy wyjściu, bez słowa, jakby ustalili to wcześniej. Może ustalili. Szedł obok, lekki, podskakując, i opowiadał, że kamyk teraz jest „święty” i trzeba go trzymać w specjalnym miejscu.

Jedno jajko mniej

Po powrocie okazało się, że w koszyku są trzy jajka. Czwarte, to z liściem jak mapa, pękło gdzieś pod górką. Tymek przyznał się od razu. Zjadł je za kościołem, kiedy rozmawiałam z sąsiadką mamy, bo „i tak było pęknięte, a pęknięte się psuje”. Nie wiem, czy w katechizmie jest coś o jedzeniu święconki przed niedzielą. Mama twierdzi, że jest. Tata twierdzi, że on robił to samo w 1962 roku i nic mu nie jest.

Jutro śniadanie wielkanocne. Tymek już zapowiedział, że podzieli jajko, i to on powie, komu jaka część. Nie będę się wtrącać. Postaram się.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Mama

Cała rubryka →