Przejdź do felietonu

Mama 4 min czytania

Wyprawka do zerówki: co kupiłam, a co okazało się zbędne

Lista od wychowawczyni zerówki miała dwanaście pozycji. Ja kupiłam dwadzieścia trzy. Po tygodniu rozkładania wszystkiego na podłodze w salonie wiem, które z tych jedenastu nadprogramowych były potrzebne mnie, a nie Tymkowi.

Piórnik i kredki rozłożone na stole

Lista przyszła w lipcu, mailem, jeszcze kiedy byliśmy nad morzem. Przeczytałam ją na leżaku, między rozdziałami kryminału, i poczułam coś, czego się nie spodziewałam. Wzruszenie. Lista od wychowawczyni zerówki. Mój syn ma wychowawczynię zerówki. Mój syn, który jeszcze niedawno nie umiał trzymać łyżki, ma listę rzeczy do szkoły.

Potem poczułam coś, czego się spodziewałam. Chęć kupienia wszystkiego.

Dwanaście pozycji

Lista była rozsądna. Dwanaście pozycji. Kredki ołówkowe, kredki świecowe, plastelina, blok rysunkowy, blok techniczny, klej w sztyfcie, nożyczki z zaokrąglonymi końcami, teczka z gumką, kapcie na zmianę, worek na kapcie, strój na gimnastykę i ręcznik. Do tego dopisek, że „wyprawkę podpisujemy” i że „nie trzeba kupować drogich rzeczy, dzieci i tak je zgubią”. Polubiłam tę panią od pierwszego zdania.

Moja wersja listy, sporządzona w głowie w ciągu kolejnych dwóch tygodni, miała dwadzieścia trzy pozycje. Dopisałam sobie rzeczy, których na liście nie było, a które „na pewno się przydadzą”. Nowy plecak. Nowy piórnik, chociaż mama kupiła mu piórnik jeszcze w maju. Temperówkę z pojemnikiem. Zestaw flamastrów w czterdziestu kolorach. Pudełko śniadaniowe z przegródkami. Bidon. Naklejki z imieniem na wszystko. Nowe buty. Nową kurtkę na jesień. Nowe spodnie, bo „w szkole trzeba wyglądać”. I kilka innych rzeczy, których nie wymienię, bo się wstydzę.

Co zadziałało

Zacznę od rzeczy, które się sprawdziły i których nie żałuję.

Kapcie. To oczywiste, ale mam o nich coś do powiedzenia. Kupiłam kapcie o numer większe, bo Tymek rośnie szybko. Tymek przymierzył i powiedział, że mu spadają. Wróciłam do sklepu i kupiłam we właściwym rozmiarze. Tamte większe leżą w szafie i poczekają do wiosny. Kapcie to w ogóle osobna kategoria rzeczy w naszym domu, o czym pisałam, kiedy opisywałam buty, których nikt nie odkłada. Przedszkolne kapcie wróciły do domu w październiku zeszłego roku i do dziś stoją w przedpokoju. Te nowe mają zostać w szkole. Tak sobie obiecuję.

Naklejki z imieniem. Zamówiłam arkusz małych naklejek z imieniem i nazwiskiem Tymka, z rysunkiem tramwaju, bo można było wybrać obrazek. To była najlepsza decyzja zakupowa roku. Nakleiłam na kredki, na klej, na nożyczki, na pudełko, na bidon. Rafał zażartował, że powinnam nakleić też na Tymka. Rozważałam.

Worek na kapcie. Zwykły, płócienny, ze sznurkiem. Rafał namalował na nim farbą do tkanin tramwaj. Tymek jest z tego worka dumny bardziej niż z czegokolwiek innego w wyprawce.

Mały szkolny worek i kapcie

Co okazało się zbędne

A teraz lista wstydu.

Nowy plecak. Kupiłam plecak, bo przecież dziecko w szkole musi mieć plecak. Porządny, usztywniany, z odblaskami, z miejscem na bidon. Po czym przyszedł drugi mail od wychowawczyni, że w zerówce dzieci zostawiają wszystko w szkole, w szafkach, a do domu nie noszą niczego oprócz drugiego śniadania i ewentualnie rysunku. Plecak stoi w przedpokoju. Tymek go nosi po mieszkaniu, pusty, bo mu się podoba. Za rok się przyda. Tak się pocieszam.

Drugi piórnik. Mama kupiła piórnik w maju, kiedy dowiedziała się o naszej decyzji w sprawie zerówki. Ja kupiłam drugi w sierpniu, bo „tamten jest za mały”. Tymek wybrał ten od babci. Bez wahania. Tamten jest od babci, więc jest lepszy. Mój leży w szufladzie.

Flamastry w czterdziestu kolorach. Nie były na liście. Dlaczego? Bo w zerówce na razie rysuje się kredkami. Flamastry zostały w domu. Tymek w tydzień zużył z nich dwanaście, rysując mapy wyimaginowanych linii tramwajowych na kartkach, które przykleił do ściany w swoim pokoju. Więc może nie całkiem zbędne. Ale nie do szkoły.

Nowe spodnie, bo „w szkole trzeba wyglądać”. To zdanie było mojej mamy, nie moje, ale przyznaję, że je przejęłam. Tymek w nowych spodniach wyglądał jak mały urzędnik. Po pięciu minutach poprosił, żeby je zdjąć, bo „drapią na kolanach”. Od tej pory chodzi w starych dresach z łatą, którą przyszyłam w czerwcu. W szkole, jak się okazuje, trzeba wyglądać wygodnie.

Po co to wszystko

Siedziałam wieczorem na podłodze w salonie, między stosami rzeczy, i próbowałam zrozumieć, dlaczego kupiłam dwa razy więcej, niż było trzeba. I chyba zrozumiałam.

Zerówka to pierwszy moment, w którym Tymek wychodzi w świat bardziej samodzielny, niż był do tej pory. Będzie wychodził rano, a ja nie będę wiedziała, co robi przez cały dzień. Nie będę mogła go pilnować, poprawiać, podawać mu rzeczy. Kupowanie było moim sposobem na to, żeby jeszcze trochę go wyposażyć. Żeby miał wszystko, na wszelki wypadek. Żeby niczego mu nie zabrakło, kiedy mnie nie będzie obok.

Rzeczy tego nie załatwią. Wiem o tym. Ale wiem też, że każda mama, z którą rozmawiałam, zrobiła to samo. Ania kupiła Julce trzy piórniki. Dorota, której Tosia do zerówki pójdzie dopiero za dwa lata, już przegląda plecaki.

Co zostaje

Przez te ostatnie tygodnie, kiedy pracowałam w domu z Tymkiem za ścianą, wyprawka leżała w kącie salonu i powoli rosła. Teraz jest spakowana, podpisana i gotowa. Kapcie w worku z tramwajem, kredki w piórniku od babci, blok, klej, nożyczki z zaokrąglonymi końcami.

Tymek dołożył do worka coś od siebie. Kamień. Mały, szary, gładki. Zapytałam, po co mu kamień w szkole. Powiedział, że to na wypadek, gdyby się bał. Będzie mógł go potrzymać w ręce.

Nie skomentowałam. Zawiązałam worek i powiesiłam go na klamce drzwi wejściowych, żeby pierwszego września rano nikt go nie szukał.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Mama

Cała rubryka →