Przejdź do felietonu

Codziennie 5 min czytania

Przedwiośnie w przedpokoju i buty, których nikt nie odkłada

Pod koniec marca nasz przedpokój wygląda jak szatnia po meczu, w którym grały trzy pory roku naraz. Próbowałam z tym walczyć. Tym razem postanowiłam po prostu popatrzeć.

Stos butów w wąskim przedpokoju mieszkania w bloku, miękkie światło z kuchni

Wczoraj wieczorem policzyłam buty w przedpokoju. Nie dlatego, że miałam plan. Po prostu potknęłam się o trzeci z rzędu kalosz i usiadłam na podłodze, a skoro już siedziałam, to liczyłam. Wyszło dziewiętnaście sztuk. Nie par, sztuk, bo niektóre pary od dawna żyją osobno i widują się tylko w praniu.

Mieszkamy we trójkę. Dziewiętnaście butów na trzy osoby to sześć i jedna trzecia buta na głowę, co nawet jak na redaktorkę, która nie umie liczyć, brzmi jak przesada.

Trzy pory roku na jednym dywaniku

Przedwiośnie to najgorszy czas dla przedpokoju. Zimowe buty jeszcze nie mogą odejść, bo rano bywa minus dwa. Kalosze muszą stać w gotowości, bo po południu jest plus dziewięć i wszystko płynie. A trampki już wyszły z szafy, bo w słońcu na balkonie można udawać, że jest kwiecień. Każda z tych par ma swoje uzasadnienie i żadna nie zamierza się wyprowadzić.

U nas dochodzi do tego jeszcze Tymek, który ma sześć lat i stopy rosnące szybciej niż budżet. Jego buty są wszędzie. Kozaki z zimy, które już cisną, ale „jeszcze na sanki”, chociaż śniegu nie widzieliśmy od stycznia. Kalosze w kropki, które są „do kałuż”. Kapcie przedszkolne, które przyjechały do domu na pranie w październiku i jakoś zostały. Sandały z zeszłego lata, wyjęte z pudła, bo chciał sprawdzić, czy „jeszcze są jego”. Nie są. Leżą.

Półka, która istnieje dla zasady

Mamy półkę na buty. Porządną, trzypoziomową, Rafał skręcał ją w dniu, w którym się wprowadziliśmy, i był z tego bardzo dumny. Półka stoi pod ścianą i jest prawie pusta. Na górnej półce leżą rękawiczki, klucze od piwnicy, jeden kasztan i pudełko po zapałkach, w którym Tymek trzyma „najważniejszy kamień”. Na środkowej moje eleganckie botki, których nie noszę, bo są eleganckie. Na dolnej nic.

Wszystko inne ląduje na dywaniku przed półką. Tak jakby półka była miejscem symbolicznym, pomnikiem porządku, przed którym składa się buty jak kwiaty.

Próbowałam tłumaczyć. Najpierw Tymkowi, bo z dzieckiem łatwiej zacząć. Tymek słuchał uważnie, pokiwał głową i powiedział, że on odkłada buty, tylko „trochę obok”. Potem Rafałowi. Rafał też pokiwał głową i też odkłada trochę obok. Mąż grafik ma zresztą na wszystko argument kompozycyjny. Buty rozrzucone po przedpokoju to według niego „dynamiczny układ”, a buty na półce to „nuda i symetria”.

Co widać, kiedy się usiądzie

Kiedy tak siedziałam na podłodze, zauważyłam, że ten bałagan jest dość dokładną kroniką naszego tygodnia. Kalosze Tymka wciąż miały błoto z Widawy, bo w niedzielę byliśmy nad rzeką i trzeba było sprawdzić, czy lód już puścił. Trampki Rafała stały krzywo, jedna podeszwa do góry, co znaczy, że wrócił z joggingu, który zaczął w poniedziałek i który, jak sądzę, skończy się w czwartek. Moje kozaki leżały na boku, zmęczone, po dwóch dniach w wydawnictwie i tramwaju.

Były też buty, których nikt z nas nie nosi. Kapcie dla gości. Kupiliśmy je, kiedy moja mama zaczęła do nas przyjeżdżać z Brzegu co tydzień, żeby pomóc przy niemowlęciu. Mama od dawna przyjeżdża rzadziej i ma swoje kapcie w torbie, ale te dla gości zostały. Nikt ich nie zakłada i nikt ich nie wyrzuci, bo wyrzucenie kapci dla gości wyglądałoby jak ogłoszenie, że gości już nie przyjmujemy.

Kalosze dziecięce i dorosłe przy drzwiach wejściowych

Mały sześciolatek w dużych butach

Najbardziej wzruszyło mnie coś, co zauważyłam dopiero po chwili. Na samym środku dywanika, między moimi kozakami a kaloszami Rafała, stały moje stare trampki, te szare, w których chodzę do sklepu. W środku jednego z nich był mały kamyk i zmięta kartka. Na kartce Tymek narysował tramwaj.

Zapytałam go rano, o co chodzi. Wyjaśnił z pełną powagą, że chodził w moich butach po przedpokoju, bo „chciał zobaczyć, jak to jest być mamą”. Kamyk był dla mnie, bo jest ładny. Rysunek też. Uznał, że najpewniej znajdę je w bucie, bo w butach zawsze coś się znajduje.

Miał rację. W butach zawsze coś się znajduje. Piasek z placu zabaw, kasztany z października, bilet tramwajowy, paragon, który miałam zachować. Buty są jak kieszenie, tylko do chodzenia.

Czy w ogóle warto sprzątać

Wiem, co powie każdy poradnik o porządku. Mniej rzeczy, każda rzecz ma swoje miejsce, codzienna rutyna, pudełka z etykietami. Czasem nawet coś z takich rad wdrażam i przez tydzień jest pięknie.

Ale przedwiośnie ma swoje prawa. Nie da się schować zimy, dopóki ona sama nie wyjdzie. Nie da się schować kaloszy, dopóki pada. I nie da się nauczyć sześciolatka odkładania butów na półkę w tygodniu, w którym ma do opowiedzenia, że widział na przystanku psa w płaszczyku.

Więc zrobiłam coś innego. Wyniosłam do piwnicy kozaki Tymka, które cisną, i sandały, które już nie są jego. Kapcie dla gości zostawiłam. Botki przestawiłam na dół, żeby były bliżej ziemi, może wtedy częściej je założę. A na górnej półce, obok najważniejszego kamienia, położyłam ten nowy kamyk i rysunek tramwaju.

Buty jako kalendarz

Pod koniec marca przedpokój jest trochę jak kalendarz, w którym ktoś zapisał wszystkie miesiące na jednej stronie. Za kilka tygodni kalosze pójdą do kąta, kozaki do piwnicy, na dywaniku zostaną trampki i sandały. Będzie łatwiej przejść. Będzie też trochę pusto.

Pewnie dalej będę się potykać. Pewnie Rafał dalej będzie odkładał buty trochę obok, a Tymek będzie wkładał do nich skarby.

Wczoraj, zanim wstałam z podłogi, postawiłam na środkowej półce swoje kozaki. Obok nich, po chwili namysłu, kalosze Tymka, jeszcze z błotem znad Widawy. Potem zgasiłam światło w przedpokoju i poszłam nastawić wodę na herbatę.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Codziennie

Cała rubryka →