Badania kontrolne raz w roku: moja lista na koniec wakacji
Tymek ma za sobą bilans sześciolatka, a ja nie pamiętam, kiedy ostatnio robiłam morfologię. W tym roku po raz pierwszy zamiast obietnicy zrobiłam listę. I nawet ją odhaczam.
Tymek ma za sobą bilans sześciolatka. Pediatra zważyła go, zmierzyła, zajrzała do uszu, sprawdziła wzrok na tablicy z obrazkami, zapytała, czy dobrze je i śpi. Tymek odpowiadał za siebie, z powagą, bo ma już sześć lat i zauważył, że to jego badanie, a nie moje. Na pytanie, czy je warzywa, powiedział, że „czasem marchewkę, a brokuł nigdy”. Pediatra zapisała coś w karcie. Mam nadzieję, że nie „matka nieudolna”.
Wychodząc z gabinetu, pomyślałam to, co myślę co roku. Że dziecko ma swoje badania rozpisane w kalendarzu, a ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz robiłam morfologię.
Matka wie wszystko o dziecku
To jest pewna prawidłowość, którą widzę u siebie i u prawie wszystkich znajomych mam. Wiemy, kiedy dziecko miało ostatnie szczepienie, jaką grupę krwi mają dziadkowie, na co było uczulone w wieku dwóch lat i jaki rozmiar buta będzie miało za pół roku. O sobie wiemy mniej. Ostatnie badania? Chyba przed ciążą. Albo w ciąży. Albo, zaraz, czy to było przed pandemią?
Ania, mama Julki, powiedziała mi kiedyś przy piaskownicy, że ma w telefonie osobny folder na wyniki badań Julki. Zapytałam, czy ma też folder na swoje. Zaśmiała się. Potem przestała się śmiać.
Tej wiosny ciało upomniało się o siebie kilka razy. Plecy przy biurku, alergia, która po latach wymagała rozmowy z lekarką, ząb, który przez dwa miesiące udawał zatoki. Za każdym razem działałam dopiero wtedy, kiedy bolało. Postanowiłam, że tej jesieni spróbuję odwrotnie. Zanim zaboli.
Lista
Usiadłam w niedzielę wieczorem z notesem i zrobiłam listę. Nie z internetu, nie z poradnika, bo poradników mam dość w pracy. Z głowy, z tego, co wiem o sobie, i z rozmowy z lekarką rodzinną, do której zadzwoniłam w poniedziałek. Nie podaję tu żadnej uniwersalnej listy, bo takiej nie ma. Każda z nas ma inną historię, inny wiek, inne ryzyka. Moja lista wygląda tak:
- Wizyta u lekarki rodzinnej z prośbą o podstawowe badania krwi. Poszłam, porozmawiałyśmy, dostałam skierowanie. Lekarka zapytała o rzeczy, o które nikt mnie od dawna nie pytał, jak się czuję, jak śpię, ile się ruszam. Odpowiedziałam szczerze. Zanotowała.
- Ginekolog. Wizyta kontrolna z cytologią. Ostatnio byłam dawno. Za dawno. Nie będę się tłumaczyć.
- Ciśnienie. Mama ma nadciśnienie, babcia też miała. Kupiłam ciśnieniomierz do domu i zapisuję wyniki w zeszycie, żeby pokazać lekarce za miesiąc.
- Dermatolog. Mam sporo pieprzyków i od kilku lat obiecuję sobie, że ktoś je obejrzy. Po lecie nad morzem to dobry moment.
- Okulista. Od kilku miesięcy zauważam, że wieczorem litery w maszynopisach się rozmywają. Pani Bożena twierdzi, że to wiek. Ja twierdzę, że to maszynopisy. Okulista rozstrzygnie.
- Dentysta. Przegląd. Po wiosennych przygodach z zębem obiecałam sobie, że nie będę czekać na ból.
Umawianie
Najtrudniejsze okazało się nie samo badanie, tylko umawianie. Dzwonienie, czekanie na połączenie, wolne terminy za trzy miesiące, „proszę zadzwonić w przyszłym tygodniu, bo jeszcze nie mamy grafiku”. Na tym etapie tracę zapał. Zawsze. To jest moment, w którym lista zwykle ląduje w szufladzie.
Tym razem zrobiłam coś innego. Zarezerwowałam sobie jedno przedpołudnie w domu, w czasie dyżuru Rafała, wyłącznie na telefony. Zrobiłam sobie herbatę z imbirem, usiadłam przy oknie, obok zielistki, i dzwoniłam. Przez dwie godziny. Wszystkie wizyty umówione. Niektóre na wrzesień, niektóre na październik, okulista dopiero na listopad. Ale umówione. Z datą w kalendarzu.
Umówiona wizyta w listopadzie jest lepsza niż nieumówiona wizyta „kiedyś”.
Poczekalnia
Pierwsze badanie, krew, zrobiłam w zeszłym tygodniu. O siódmej rano, na czczo, w przychodni na naszym osiedlu. W poczekalni siedziało kilka osób. Pan w kaszkiecie z teczką pełną wyników. Młoda dziewczyna z kolczykiem w nosie, która czytała książkę, co mnie od razu do niej przekonało. Starsza pani, która opowiadała wszystkim o swoim wnuku w Holandii. Ja z pustym żołądkiem i myślą o kawie, której nie mogłam wypić.
Siedziałam tam i czułam się dziwnie dorośle. Nie jako matka, która przyprowadza dziecko. Jako osoba, która przyszła zadbać o siebie.
Co będzie dalej
Wyniki krwi odebrałam wczoraj. Nie będę ich tu omawiać, bo to nie jest blog medyczny i bo z wynikami idzie się do lekarza, a nie na bloga. Powiem tylko, że lekarka rodzinna przejrzy je na wizycie za dwa tygodnie, a ja postaram się nie czytać w międzyczasie w internecie, co oznacza każda liczba poza normą. Postaram się. Nie obiecuję.
Reszta listy czeka na swoje terminy. Notes leży na lodówce, przypięty magnesem z Brzegu, obok listy zakupów i tabelki dyżurów. Pierwsza pozycja odhaczona. Pięć zostało.
Dla siebie
Nie chcę, żeby to zabrzmiało jak pouczanie. Nie jestem ekspertką, nie jestem lekarką i sama przez lata zaniedbywałam wszystko, co tu wymieniam. Piszę raczej dla siebie. Żeby w przyszłym roku, pod koniec sierpnia, znowu to przeczytać i sprawdzić, czy zrobiłam, co obiecałam.
I piszę dla tej jednej czytelniczki, która może właśnie wróciła z bilansu swojego dziecka i pomyślała to samo co ja. Że dziecko ma wszystko rozpisane, a ona nie pamięta, kiedy ostatnio ktoś zmierzył jej ciśnienie.
A teraz idę zmierzyć swoje. Ciśnieniomierz leży w szufladzie w przedpokoju, zeszyt z wynikami pod nim, a długopis, jak zwykle, gdzie indziej.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.