Przejdź do felietonu

Ludzie 5 min czytania

Sąsiadka z trzeciego piętra, czyli ludzie, których znamy z windy

Z panią Ireną z trzeciego piętra przejechałam windą może tysiąc razy. Przez sześć lat wiedziałam o niej trzy rzeczy. Potem winda stanęła między piętrami.

Klatka schodowa starego bloku w miękkim, rozproszonym świetle

Mieszkamy na szóstym piętrze dziesięciopiętrowego bloku na Psim Polu. Blok ma swoje lata, windę, która czasem się zamyśla, i klatkę schodową, na której każda kondygnacja pachnie inaczej. Na drugim pachnie pastą do podłóg. Na czwartym zupą, zawsze, o każdej porze, nie wiem, jak to możliwe. Na trzecim pachnie ziemią i roślinami. To zasługa pani Ireny.

Trzy rzeczy, które wiedziałam

Przez sześć lat wiedziałam o pani Irenie dokładnie trzy rzeczy. Że mieszka na trzecim. Że ma kwiaty, bo na parapecie na półpiętrze stoją jej doniczki, podpisane na kawałkach plastra: „nie przestawiać”. I że zawsze mówi „dzień dobry” pełnym zdaniem, z przecinkiem i imieniem. Dzień dobry, pani Joanno. Dzień dobry, panie Rafale. Dzień dobry, Tymoteuszu. Tylko ona mówi do Tymka pełnym imieniem, a on na to prostuje się jak na apelu.

Poza tym znałyśmy się z windy. Winda to specyficzne miejsce do znajomości. Jedzie się w niej od kilkunastu sekund do minuty, stoi się bardzo blisko, a patrzy w drzwi. Rozmowa w windzie ma swoje gatunki. Pogoda. Winda sama w sobie („znowu stała”). Dziecko, jeśli jest („urósł!”). Zakupy, jeśli widać siatki („ciężkie?”). Ja z panią Ireną przerobiłam wszystkie gatunki wielokrotnie. Mogłybyśmy wydać antologię.

Czterdzieści minut

W marcu, w piątek po południu, wracałam z Tymkiem z przedszkola. Pani Irena wsiadła z nami na parterze, z siatką z ziemią do kwiatów. Nacisnęła trójkę, ja szóstkę. Między drugim a trzecim winda zrobiła coś, co robi czasem: szarpnęła, westchnęła i stanęła.

Nacisnęłam alarm, zadzwoniłam pod numer z naklejki, pani w słuchawce powiedziała, że konserwator jest w drodze, ale akurat na drugim końcu miasta. Czterdzieści minut, może trochę mniej.

Tymek był zachwycony. Utknąć w windzie to dla sześciolatka przygoda na poziomie pożaru w przedszkolu, tylko bez strażaków. Pani Irena była zaskakująco spokojna. Postawiła siatkę z ziemią na podłodze, oparła się o ścianę i powiedziała, że w tym bloku utknęła już jedenaście razy, liczy, i że najdłużej siedziała dwie godziny w osiemdziesiątym dziewiątym, kiedy nikt nie miał telefonu.

Tak się zaczęło.

Co się mieści w czterdziestu minutach

Okazało się, że pani Irena mieszka w tym bloku od początku, czyli od połowy lat osiemdziesiątych. Wprowadziła się z mężem i córką, kiedy klatka pachniała jeszcze tynkiem. Mąż zmarł dziewięć lat temu. Córka mieszka w Szwecji, dzwoni w niedziele. Pani Irena przez trzydzieści lat była księgową w zakładzie, którego już nie ma, i do dziś, jak mówi, liczy wszystko: schody, dni do wiosny, windy.

Tymek zapytał, dlaczego ma tyle kwiatów. Pani Irena odpowiedziała, że kiedy człowiek mieszka sam, dobrze, żeby w domu było coś, co trzeba podlewać. Potem, żeby nie brzmiało to smutno, dodała, że rośliny przynajmniej nie mówią, że zupa za słona. Tymek się zaśmiał. Ja też, choć usłyszałam oba zdania.

Opowiedziała mu o zielistkach. Że to rośliny, które same wypuszczają małe roślinki na takich długich łodyżkach, i że te małe można uciąć, włożyć do wody, a one zrobią sobie korzenie. Że ona ma już chyba dwudzieste pokolenie zielistki, która przyjechała z nią do bloku w osiemdziesiątym szóstym. Tymek słuchał z otwartymi ustami. Dwudzieste pokolenie. Jak w Biblii.

Roślina w doniczce na parapecie na klatce schodowej

Rozmawiałyśmy też o mnie. O tym, że pracuję w wydawnictwie. Pani Irena zapytała, czy to prawda, że w książkach zawsze są błędy, bo ona w każdej znajduje przynajmniej jeden. Przyznałam, że prawda. Że można przeczytać tekst dziesięć razy i przy jedenastym znaleźć literówkę w tytule rozdziału. Pokiwała głową z satysfakcją księgowej, która też zawsze w końcu znajdowała brakującą złotówkę.

Konserwator przyjechał po trzydziestu kilku minutach. Otworzył drzwi na trzecim piętrze, winda stała jakieś pół metra poniżej. Pani Irena wyszła pierwsza, z godnością, po stopniu, który zrobił jej z teczki. Potem podała Tymkowi rękę jak dorosłemu.

Po windzie

Dwa dni później na naszej wycieraczce stał słoik z wodą, a w nim mała zielistka z białymi korzonkami. Na słoiku plaster: „Dla Tymoteusza. Podlewać, ale nie topić”. Tymek postawił ją na parapecie w kuchni i przez pierwszy tydzień sprawdzał co rano, czy urosła. Ja przełożyłam ją potem do doniczki i dziś stoi przy czajniku, obok ładowarki, na której nocuje mój telefon, od kiedy wróciłam do czytania wieczorami. Rośnie. Pierwszą własną roślinkę już wypuściła, a Tymek od tamtej pory mówi na panią Irenę „pani od kwiatków”.

Coś się zmieniło, choć niewiele. Dalej mówimy sobie w windzie o pogodzie. Ale teraz pytam, czy córka dzwoniła. Ona pyta, czy Tymek już wie, do jakiej szkoły pójdzie. Raz pomogłam jej wnieść na trzecie piętro zgrzewkę wody, kiedy winda znowu się zamyśliła. Raz ona przyniosła nam rosół, bo usłyszała na klatce, jak Tymek kaszle.

Ludzie z widzenia

Myślę czasem o tym, ile osób znam tylko z widzenia. Pan Zdzisio z parteru i jego jamnik Bąbel, z którymi wymieniam uwagi o pogodzie przy skrzynkach na listy. Pani z piekarni, która wie, że biorę pół chleba. Chłopak z dziewiątego, który zawsze trzyma drzwi, ale nigdy nie patrzy w oczy. Znam ich twarze, ich torby, ich godziny. Nie znam ich imion.

I to jest chyba w porządku. Nie da się znać wszystkich. Ale czasem wystarczy, że coś stanie, winda, prąd, zwykły dzień, i nagle człowiek z windy staje się kimś, kto ma córkę w Szwecji, dwudzieste pokolenie zielistki i zdanie o zupie, którego się nie zapomina.

Ostatnio łapię się na tym, że trochę czekam, aż winda znowu stanie. Nie za długo. Na tyle, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o chłopaku z dziewiątego.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Ludzie

Cała rubryka →