Po czterdziestce męża w sali przyszła pora na sylwestra
W lipcu Rafał skończył czterdzieści lat i po raz pierwszy od dawna bawiliśmy się poza domem, nie licząc minut do odbioru dziecka. We wrześniu, przy zmywaniu, padło pytanie, które w naszym domu nie padało od siedmiu lat: a co robimy w sylwestra?
We wtorek wieczorem, przy zmywaniu, Rafał wyjął z szuflady pod zlewem winietkę. Kartonik złożony na pół, jego imię wypisane moją ręką, a pod spodem narysowany przez niego samego, długopisem, mały tort z czterdziestoma świeczkami, z których połowa się przewraca. Leżała tam od lipca, między gumkami do słoików a instrukcją do czajnika, którego już nie mamy. Rafał obejrzał ją, odłożył na blat i zapytał: a co robimy w sylwestra?
Zatrzymałam się z talerzem w ręce. W naszym domu to pytanie nie padało od siedmiu lat. Ostatni raz tańczyliśmy w sylwestra na przełomie 2018 i 2019 roku. Rok później byłam w ósmym miesiącu ciąży i o północy jadłam pomarańczę na kanapie. Potem był Tymek, a sylwester stał się wieczorem, w którym próbujemy dotrwać do fajerwerków, a potem uspokajamy dziecko, które się ich przestraszyło.
Czterdziestka, której nie zrobiliśmy w domu
Zanim o sylwestrze, muszę wrócić do lipca, bo bez lipca nie byłoby tej rozmowy przy zlewie.
Rafał nie chciał przyjęcia. Mówił, że czterdziestka to zwykły dzień, że on nie lubi być w centrum uwagi i że najlepiej zjemy obiad we trójkę. Znam go od studiów i wiem, że kiedy Rafał mówi „zwykły dzień”, to znaczy, że po cichu liczy, że ktoś go przekona. Przekonywałam od marca.
Najpierw planowałam przyjęcie u nas. Szybko policzyłam, ile osób zmieści się w trzech pokojach na szóstym piętrze bloku, w którym winda czasem stoi. Moi rodzice z Brzegu, teściowie z Jeleniej Góry, Ula z Igorem z Warszawy, Dorota z mężem, kilkoro znajomych ze studiów, dwóch grafików, z którymi Rafał pracuje od lat. Wyszło ponad trzydzieści osób. Do tego lipiec, balkon od zachodu i pan Zdzisio, który przy każdej głośniejszej rozmowie na klatce przewiduje burzę. Zrezygnowałam po jednym wieczorze z kartką.
Salę znalazłam przez Jolkę, która była tam rok wcześniej na jubileuszu wujka. Przyjęcie zrobiliśmy w Times Event Center, przy ulicy Kazimierza Wielkiego, w samym centrum, niedaleko mojego wydawnictwa. Dla gości spoza Wrocławia liczyło się to bardziej, niż myślałam: teściowie przyjechali pociągiem i doszli z dworca, a Ula z Igorem nie musieli nikogo prosić o podwózkę.
Najbardziej zapamiętałam jedną rzecz, którą trudno przełożyć na rady. Tego wieczoru nikt z nas nie pilnował kuchni. Nie liczyłam talerzy, nie biegałam po lód, nie zmywałam o pierwszej w nocy. Rafał tańczył z moją mamą, a mój tata, który na rodzinnych imprezach zawsze ma „coś do przykręcenia”, nie miał nic do przykręcenia i przez godzinę rozmawiał z teściem o skodach. Winietki rysował solenizant, bo uparł się, że przynajmniej to zrobi sam. Ta jedna przetrwała w szufladzie.
Dlaczego już we wrześniu
Kiedy Rafał zapytał o sylwestra, pierwszą moją myślą było: przecież jest wrzesień. Drugą: przecież jest wrzesień, a my zawsze o wszystkim decydujemy w ostatniej chwili. Jolka, która spędza sylwestra poza domem co roku, twierdzi, że dobre miejsca znikają jesienią, a w grudniu zostają tylko te, na które nikt nie miał ochoty. Jolka zna wszystkie plotki, więc zakładam, że zna też ten rynek.
Usiedliśmy więc w środę wieczorem z herbatą i zrobiliśmy listę. Redaktorka nie umie inaczej. Na liście wylądowało pięć punktów.
O której się zaczyna. Dla rodziców małego dziecka to ważniejsze niż menu. Tymka trzeba gdzieś odwieźć i zdążyć wrócić, przebrać się i nie wejść spóźnionym o dwie godziny.
Co jest w cenie. Kolacja, napoje, toast o północy, czy można przynieść własne wino. Wolę wiedzieć z góry, niż odkryć w nocy, że woda jest płatna osobno.
Jak wrócimy. Z centrum na Psie Pole w sylwestrową noc nie jedzie się jak we wtorek rano o siódmej pięćdziesiąt dwie. Taksówkę trzeba zamówić wcześniej albo pogodzić się z czekaniem.
Czy można wyjść wcześniej. Nie wiem, czy po siedmiu latach przerwy wytrzymamy do czwartej rano. Chcę mieć możliwość wyjścia o drugiej bez poczucia, że zmarnowaliśmy pieniądze.
Buty. To akurat punkt dla mnie. Na czterdziestce przetańczyłam trzy godziny w butach, które w sklepie wydawały się wygodne. Do dziś pamiętam drogę na postój taksówek.
Ta sama sala, inna noc
Przeglądaliśmy kilka miejsc, ale rozmowa wracała w jedno. Znamy dojazd, wiemy, jak tam jest, wiemy, że obsługa nie panikuje, kiedy ktoś w ostatniej chwili prosi o dodatkowe krzesło dla teściowej. Plan jest więc taki: Tymek jedzie na sylwestra do babci Teresy do Brzegu, a nas czeka Sylwester we Wrocławiu, w tej samej sali przy Kazimierza Wielkiego, w której Rafał zdmuchiwał świeczki.
Z punktów na liście część odhaczyła się sama. Zabawa zaczyna się o dwudziestej, więc zdążymy odwieźć Tymka do Brzegu i wrócić pociągiem. Cena to czterysta złotych od osoby. Menu na ten rok jeszcze sprawdzę, ale w zeszłorocznej ofercie, która wciąż wisi na stronie, był stół szwedzki, ciepły gulasz po północy, kieliszek wina musującego na toast i możliwość wniesienia własnego alkoholu. Taksówkę zamówię w listopadzie. Buty kupię wcześniej i rozchodzę w domu, po przedpokoju, na oczach całej rodziny.
Babcia Teresa i fajerwerki
Najtrudniejsza była rozmowa z Tymkiem. Bałam się, że poczuje się odsunięty, że rodzice idą się bawić, a jego wywożą. Tymek wysłuchał wszystkiego z poważną miną, po czym zapytał, czy u babci w Brzegu widać fajerwerki z balkonu. Powiedziałam, że z trzeciego piętra widać sporo. Zapytał, czy dziadek Jurek będzie spał. Powiedziałam, że dziadek Jurek w sylwestra zawsze zasypia o dziesiątej. Tymek uznał, że w takim razie on i babcia będą pilnować nieba sami. Pan Lis jedzie z nim.
Moja mama, kiedy zadzwoniłam z pytaniem, powiedziała, że no ale ona nic nie mówi, tylko że w jej czasach rodzice w sylwestra siedzieli w domu. Po czym zapytała, czy Tymek nadal je pierogi z kapustą, bo trzeba by zrobić więcej. Uznałam to za zgodę.
Winietka Rafała stoi teraz na lodówce, pod magnesem z Brzegu, obok listy zakupów. Rafał dorysował na niej drugi tort, mniejszy, z napisem 2027 i jedną prostą świeczką. W piątek zadzwoniłam do sali i zarezerwowałam dwa miejsca. Potem wpisałam w kalendarz na ścianie, czerwonym ołówkiem, pod trzydziestym pierwszym grudnia: Tymek do Brzegu, pociąg o czternastej.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.