Plecy redaktorki: co zmieniłam przy biurku po trzydziestce piątce
Przez dziesięć lat siedziałam nad maszynopisami jak znak zapytania i nic mnie nie bolało. Potem skończyłam trzydzieści pięć lat i plecy postanowiły wystawić rachunek.
Pierwszy raz poczułam to w listopadzie, przy zmywarce. Schyliłam się po widelec, który spadł między kosze, i coś w dole pleców powiedziało wyraźnie: nie. Nie bolało jakoś strasznie. Po prostu przez kilka sekund nie mogłam się wyprostować i stałam nad zmywarką zgięta jak ktoś, kto szuka zgubionego kolczyka. Tymek przyszedł zapytać, czy się bawię w dinozaura.
Myślałam, że to jednorazowe. Nie było.
Znak zapytania nad maszynopisem
Mój zawód polega na siedzeniu. Czytam, poprawiam, zaznaczam, piszę uwagi na marginesach, porównuję z oryginałem, znowu czytam. W wydawnictwie mamy porządne krzesła, ale ja i tak przez dwa dni w tygodniu siedzę w tramwaju, a przez trzy w domu, przy stole w salonie, bo w „pracowni” siedzi Rafał ze swoim monitorem wielkości okna.
Kiedyś Rafał narysował mnie przy pracy. Tak mimochodem, na marginesie czegoś. Zobaczyłam ten rysunek dopiero po kilku dniach i się obraziłam. Byłam na nim zgięta w pół, z nosem przy ekranie, z nogami owiniętymi wokół nóg krzesła. Wyglądałam jak znak zapytania. Rafał powiedział, że rysuje to, co widzi. Niestety miał rację.
Wizyta, której unikałam
Poszłam w końcu do fizjoterapeutki. Poleciła mi ją Ania, mama Julki z przedszkolnej grupy Tymka, która po drugim porodzie przerobiła chyba wszystkich specjalistów we Wrocławiu. Fizjoterapeutka była drobna, spokojna i miała ręce jak imadło. Obejrzała mnie, kazała schylić się, wygiąć, stanąć na jednej nodze. Potem zapytała, ile godzin dziennie siedzę. Policzyłam na głos: osiem w pracy, godzina w tramwaju, wieczorem trochę na kanapie. Pokiwała głową z uprzejmym współczuciem, jakim darzy się ludzi, którzy sami są sobie winni.
Nie powiedziała mi nic, czego bym nie wiedziała. To było najgorsze. Że ciało nie lubi jednej pozycji. Że najlepsza pozycja to następna. Że mięśnie brzucha trzymają kręgosłup, a moje od porodu nie trzymają niczego. Że plecy nie bolą „od starości”, tylko od tego, co z nimi robię codziennie. Wiedziałam. Czytałam o tym, redagowałam nawet o tym poradnik. Ale co innego poprawiać przecinki w rozdziale o ergonomii, a co innego usłyszeć to od kobiety, która właśnie uciska ci punkt, o którego istnieniu nie miałaś pojęcia.
Co zmieniłam
Nie zrobiłam rewolucji. Rewolucje w moim wieku kończą się po dziesięciu dniach i kosztują dużo pieniędzy. Zrobiłam kilka małych rzeczy, które się utrzymały.
Monitor na słownikach. Pracuję na laptopie, a laptop na stole to prosta droga do garbu. Kupiłam osobną klawiaturę za kilkadziesiąt złotych, a laptop postawiłam na dwóch tomach Słownika języka polskiego pod redakcją Doroszewskiego, które odziedziczyłam po studiach i które od lat służyły tylko za podpórkę do drzwi. Teraz górna krawędź ekranu jest mniej więcej na wysokości oczu. Słownik wreszcie ma sens. Doroszewski byłby dumny, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Podnóżek. Jestem niska, stół jest wysoki, więc nogi mi wisiały albo owijały się wokół krzesła. Kupiłam prosty podnóżek i przez pierwszy tydzień o nim zapominałam, a stopy same wracały na nogi krzesła. Teraz już pamiętają.
Wstawanie co rozdział. Nie ustawiam budzików co trzydzieści minut, bo wiem, że je wyłączę. Wstaję po każdym rozdziale redagowanej książki. Rozdziały bywają różne, raz dziesięć stron, raz czterdzieści, ale to i tak lepsze niż nic. Robię sobie herbatę, wyglądam przez okno, podlewam zielistkę na parapecie.
Dziesięć minut na macie. To jest najtrudniejsze. Fizjoterapeutka dała mi zestaw kilku ćwiczeń: koci grzbiet, jakieś unoszenie miednicy, rozciąganie przy ścianie. Robię je wieczorem, na macie w sypialni, zanim wezmę książkę do łóżka. Tymek czasem dołącza i robi koci grzbiet ze stosownym miauczeniem. To pomaga na humor, niekoniecznie na technikę.
Tramwaj i torba
Dopiero po kilku tygodniach zauważyłam, że plecy bolą mnie bardziej w dni biurowe niż domowe. Winna była torba. Nosiłam na jednym ramieniu płócienną torbę, a w niej laptop, dwa maszynopisy, pudełko z drugim śniadaniem, parasol, książkę na tramwaj i nieokreśloną liczbę kamieni, które Tymek podrzuca mi do kieszeni i przegródek.
Kamienie wyjęłam. Laptop w dni biurowe zostawiam w pracy. Maszynopisy czytam w pdf-ie. Torba schudła o połowę. Nie wiem, ile to dało plecom, ale ramię przestało mnie ciągnąć, a w tramwaju przestałam wyglądać, jakbym przewoziła cegły.
Co zostało po kilku miesiącach
Czy mnie nie boli? Czasem boli. Zwłaszcza po długim dniu, kiedy zapomnę o wstawaniu, bo rozdział był dobry. Albo kiedy noszę Tymka, który ma już ponad dwadzieścia kilo i wcale nie zamierza chodzić sam z placu zabaw, jeśli widzi, że mama jest w dobrym nastroju.
Ale od zmywarki w listopadzie nie zablokowało mnie ani razu. I przestałam wyglądać jak znak zapytania. Rafał niedawno znowu mnie narysował, tym razem specjalnie, żeby było do porównania. Na nowym rysunku siedzę prosto, stopy na podnóżku, ekran na słownikach. Wyglądam trochę sztywno, jak na portrecie w szkolnym korytarzu.
Mam wrażenie, że to podobny mechanizm jak z czytaniem, o którym pisałam przy okazji dwudziestu stron wieczorem. Wielkie postanowienia mnie nie ratują. Ratują mnie małe rzeczy, które da się zrobić nawet w zły dzień: dziesięć minut na macie, wstanie od stołu po rozdziale, dwa słowniki pod laptopem.
Jedyna rzecz, której wciąż nie umiem, to podnoszenie widelców spod zmywarki. Robię to teraz z przysiadem, jak na siłowni, powoli i z namaszczeniem. Tymek mówi, że wyglądam jak robot. Odkładam widelec do zlewu, wstawiam wodę na herbatę i wracam do rozdziału.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.