Przejdź do felietonu

Ludzie 4 min czytania

Dzień Matki bez laurki i rozmowa na balkonie

W tym roku na Dzień Matki pojechałam do Brzegu bez laurki, za to z pytaniem, którego nigdy wcześniej mamie nie zadałam. Rozmawiałyśmy na balkonie do zmroku.

Dwie filiżanki kawy na stoliku na balkonie

Tymek zrobił mi na Dzień Matki laurkę. Była na niej kobieta z bardzo długimi rękami, trzymająca coś, co po wyjaśnieniach okazało się książką, oraz tramwaj. Pod spodem drukowanymi literami: „MAMA CZYTA I JEDZIE”. Powiesiłam ją nad biurkiem. To najdokładniejszy opis mojego życia, jaki ktokolwiek sporządził.

A potem, w sobotę, pojechałam do swojej mamy. Bez laurki. Od lat nie robię laurek, a kwiaty mama ma na działce lepsze niż w każdej kwiaciarni. Przywiozłam jej za to sernik z piekarni na naszym osiedlu, który lubi, chociaż nigdy się do tego nie przyzna, bo sama piecze lepszy.

Balkon w Brzegu

Rodzice mieszkają w bloku przy parku, na trzecim piętrze, w mieszkaniu, w którym dorastałam. Balkon wychodzi na drzewa i zawsze, odkąd pamiętam, stoi na nim ten sam stolik, dwa krzesła i doniczka z pelargonią, która, jak twierdzi mama, jest „ta sama od dziewięćdziesiątego ósmego”. Nie wierzę w to, ale nie dyskutuję.

Tata poszedł na działkę, zabierając Tymka i Rafała, bo „trzeba coś przykręcić”. Tata zawsze ma coś do przykręcenia, kiedy w domu mają się odbyć rozmowy. Zostałyśmy z mamą same. Dwie filiżanki kawy, sernik, pelargonia.

Pytanie, którego nie zadawałam

Od kilku miesięcy nosiłam w sobie jedno pytanie. Zadałam je po drugiej kawie.

Mamo, jak ty sobie radziłaś, kiedy byłam mała i pracowałaś w szkole?

Mama spojrzała na mnie tak, jakby się tego pytania spodziewała od lat. I zaczęła mówić. Że to były inne czasy. Że była w szkole od ósmej, a potem jeszcze klasówki do sprawdzenia, zebrania, wycieczki. Że tata pracował na zmiany. Że ja chodziłam do przedszkola, potem do świetlicy, a potem wracałam z kluczem na szyi i czekałam na nią przy telewizorze. Że czasem, jak wracała, spałam już na kanapie w mundurku harcerskim, a ona siedziała w kuchni i sprawdzała sprawdziany, i płakała. Nie ze smutku. Ze zmęczenia.

Tego nie wiedziałam. Pamiętam klucz na szyi, pamiętam kanapę, pamiętam dźwięk mamy wchodzącej do mieszkania, bo zawsze dzwoniła kluczami, żeby było wiadomo, że to ona. Nie pamiętam płaczu w kuchni. Mama powiedziała, że pilnowała, żebym nie pamiętała.

Co się zmienia po trzydziestce

Długo rozmawiałam z mamą jak córka. Czyli tak, że ona pytała, a ja odpowiadałam, albo ona radziła, a ja się irytowałam. Klasyka. Kiedy urodził się Tymek, było jeszcze gorzej, bo mama miała zdanie na temat każdego mojego kroku, a ja byłam niewyspana i przewrażliwiona na każdą sugestię. „No ale ja nic nie mówię” było wtedy u nas zdaniem, po którym trzaskały drzwi.

Coś zaczęło się zmieniać może dwa, trzy lata temu. Nie wiem dokładnie kiedy. Może wtedy, kiedy sama zaczęłam mieć zdanie na temat cudzego rodzicielstwa i zobaczyłam, jak łatwo je mieć. Może kiedy tata zachorował na chwilę i obie siedziałyśmy na korytarzu w szpitalu w Brzegu, i nagle byłyśmy po tej samej stronie. A może po prostu dojrzałam na tyle, żeby zobaczyć w mamie kobietę, a nie tylko mamę.

Bo to jest ta dziwna rzecz. Moja mama była kiedyś trzydziestosześcioletnią kobietą z dzieckiem i pracą, zmęczoną, niepewną, czasem płaczącą w kuchni. Tak jak ja. Tylko że ona nie miała bloga, na którym mogłaby o tym napisać. Miała sprawdziany.

Stare rodzinne zdjęcia w kartonowym pudełku

Pudełko

Po trzeciej kawie mama przyniosła z szafy pudełko po butach. W środku zdjęcia, przewiązane gumką recepturką. Oglądałyśmy je długo. Mama w latach osiemdziesiątych, szczupła, z trwałą ondulacją, na wycieczce w góry. Mama z tatą na weselu cioci Basi. Mama ze mną na rękach, w szlafroku w kwiaty, z wyrazem twarzy, który znam z własnych zdjęć sprzed sześciu lat. Ten sam wyraz twarzy. Zmęczenie i zachwyt pół na pół.

Znalazłam też zdjęcie, którego nigdy nie widziałam. Mama siedzi przy biurku w szkolnej pracowni biologicznej, za nią szkielet i słoje z czymś w formalinie. Patrzy w obiektyw z uśmiechem, którego u niej nie znam. Takim trochę łobuzerskim. Zapytałam, kto robił to zdjęcie. Powiedziała, że koleżanka od polskiego, z którą wymykały się na papierosa za salę gimnastyczną.

Moja mama paliła za salą gimnastyczną. Zapytałam, czy tata wie. Powiedziała, że no ale ona nic nie mówi.

Co zostało po Dniu Matki

Nie wydarzyło się nic wielkiego. Nie przeprosiłyśmy się za nic, nie padłyśmy sobie w ramiona. Wieczorem wrócił tata z Tymkiem i Rafałem, wszyscy trzej brudni od ziemi, Tymek z kieszeniami pełnymi kamieni z działki. Zjedliśmy resztę sernika. Mama powiedziała, że był za słodki. Ja powiedziałam, że wiem.

Ale kiedy wracaliśmy wieczorem do Wrocławia, Tymek spał z tyłu, a Rafał prowadził, ja patrzyłam przez okno na pola i myślałam o tamtej kobiecie w kuchni ze sprawdzianami. I o tym, że pewnego dnia Tymek może zapytać mnie o to samo. Jak sobie radziłaś, mamo, kiedy byłem mały.

Chciałabym mu wtedy odpowiedzieć tak jak moja mama. Szczerze, bez wielkich słów, z pudełkiem zdjęć na kolanach. Może pokażę mu wtedy ten blog. Wpis o sąsiadce z trzeciego piętra i o tym, że ludzie, których znamy od zawsze, potrafią mieć w sobie historie, o które nigdy nie zapytaliśmy.

Mama zadzwoniła następnego dnia, żeby zapytać, czy dojechaliśmy. Dojechaliśmy dwadzieścia godzin wcześniej. Rozmawiałyśmy pół godziny. O niczym. Było dobrze.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Ludzie

Cała rubryka →