Jeż, laurka i trzy pary rajstop na koniec przedszkola
Tymek grał Jeża. Rola miała cztery zdania i wymagała brązowych rajstop. Do przedszkola dotarły trzecie. Relacja z ostatniego przedstawienia przed zerówką.
Informacja przyszła, jak wszystkie ważne informacje w przedszkolu, na grupie rodziców w komunikatorze, w czwartek o 21.47. Pani Lucyna pisała, że w przyszły piątek zakończenie roku, przedstawienie „Leśne przyjęcie”, a stroje według listy w załączniku. Otworzyłam załącznik. Przy imieniu Tymka stało: Jeż. Kolce (zrobimy w przedszkolu), brązowe rajstopy, brązowa bluzka, czarny nosek.
Czarny nosek mam, bo mam eyeliner. Brązowa bluzka jest, po kuzynie. Brązowych rajstop nie było. Chłopiec w wieku sześciu lat, jak się okazuje, nie ma w szafie brązowych rajstop. Nie ma też żadnych innych. Ostatnie rajstopy Tymek nosił, kiedy miał trzy lata i był zimą przekonany, że jest baletnicą.
Rajstopy numer jeden
Pierwsze kupił Rafał. Wysłałam go w sobotę do sklepu w centrum handlowym z bardzo precyzyjną instrukcją: brązowe, dziecięce, rozmiar na sześć lat. Rafał wrócił z rajstopami w kolorze, który na opakowaniu nazywał się „cynamon”, a w rzeczywistości był pomarańczowy. Jak grafik, twierdził, że to „ciepły brąz”. Jak redaktorka, twierdziłam, że to marchewka. Tymek przymierzył i powiedział, że wygląda jak lis. Ponieważ w przedstawieniu był już lis, a Tymek nie chciał konkurencji, rajstopy odpadły.
Rajstopy numer dwa
Drugie kupiłam ja, w poniedziałek, w sklepie przy przystanku. Były brązowe, bez wątpliwości. Były też rozmiarem na dziewięć lat, co zauważyłam dopiero w domu, bo na opakowaniu była mała liczba, a ja nie wzięłam okularów, których nie noszę, ale może powinnam. Tymek przymierzył. Rajstopy sięgały mu pod pachy. Wyglądał w nich jak jeż w kombinezonie ochronnym. Śmialiśmy się we trójkę tak, że pan Zdzisio z parteru zapukał, czy wszystko w porządku. Chyba myślał, że ktoś płacze.
Rajstopy numer trzy
Trzecie zdobyła Ania, mama Julki. Napisała na grupie, że ma nadmiarowe, bo kupiła dwie pary, na wszelki wypadek, bo jej Julka była Wiewiórką i też potrzebowała brązowych. Ania zawsze kupuje dwie pary na wszelki wypadek. Ania to kobieta, która ma w torebce plastry, chusteczki nawilżane, zapasowe skarpetki i batonik. Ja mam w torebce kamienie.
Rajstopy numer trzy pasowały idealnie. Tymek zrobił w nich w przedpokoju przegląd kostiumu, obracając się przed lustrem z miną aktora przed premierą. Nosek narysowałam mu w piątek rano eyelinerem, trochę krzywo, bo się wiercił. Kolce przedszkole zrobiło z brązowego papieru i pociętych rolek po ręcznikach papierowych. Wyglądały jak jeż, który przeszedł przez fabrykę tektury. Były piękne.
Cztery zdania
Rola Jeża miała cztery zdania. Tymek ćwiczył je przez dwa tygodnie. W wannie, na spacerze, w tramwaju, na głos, co w tramwaju wywoływało pewne zainteresowanie współpasażerów. „Jestem Jeż, mam kolce, ale nie jestem zły. Przyniosłem na przyjęcie jabłko. Kto się podzieli, ten ma przyjaciół. Dziękuję.” Ostatnie zdanie nie było częścią roli. Tymek dodał je sam, bo uznał, że grzecznie jest podziękować za możliwość występu.
W piątek sala przedszkolna była pełna. Rodzice z telefonami uniesionymi jak na koncercie. Babcie w pierwszym rzędzie. Moja mama przyjechała z Brzegu, choć twierdziła, że „nie da rady”. Siedziała w pierwszym rzędzie z telefonem w ręce, na którym nie umie włączać nagrywania, więc przez całe przedstawienie robiła zdjęcia ekranu blokady.
Przedstawienie trwało dwadzieścia minut. W tym czasie Lis zapomniał tekstu, a Wiewiórka Julka mu go podpowiedziała na głos, co było najpiękniejszym przykładem koleżeńskiej solidarności, jaki widziałam. Jeden z Grzybków się rozpłakał i zszedł do mamy. Sowa przez cały czas machała do babci.
Tymek wszedł na scenę, stanął na środku, spojrzał na salę. Przez sekundę myślałam, że zamarł. Potem powiedział wszystkie cztery zdania, głośno, wyraźnie, i piąte, własne. Ukłonił się tak nisko, że kolce spadły mu na głowę. Sala zaczęła klaskać. Nie wiem, czy za rolę, czy za kolce. Mnie było wszystko jedno. Płakałam jak na końcu Muminków, które czytamy wieczorami.
Laurka dla pani Lucyny
Po przedstawieniu dzieci wręczały paniom laurki. Tymek robił swoją przez tydzień, w tajemnicy, w swoim pokoju, pod drzwiami zamkniętymi na krzesło. Nie pozwolił mi zobaczyć. Kiedy pani Lucyna ją otworzyła, zobaczyłam z daleka: narysował panią Lucynę jako bardzo wysoką kobietę, wyższą niż przedszkole, z rękami rozłożonymi nad całą grupą dzieci. Jak dach. Pod spodem napisał drukowanymi literami „DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO”. Litera „Ę” była odwrócona.
Pani Lucyna, która jest w tym przedszkolu od dwudziestu lat i pewnie widziała tysiąc laurek, schyliła się i przytuliła go dłużej niż zwykle. Potem wyprostowała się i powiedziała do mnie, że będzie jej brakowało „jego pytań”. Nie zapytałam, których. Znam je. Dlaczego tramwaj nie może skręcić w lewo. Dlaczego kamienie są zimne. Dlaczego ludzie umierają, a zielistka nie.
Ostatni dzień
Tymek w przedszkolu kończy teraz, w czerwcu. Od września idzie do oddziału przedszkolnego w szkole. Julka też, więc przynajmniej jedna znajoma twarz będzie. Ale reszta grupy się rozejdzie. Lis idzie do innej szkoły. Sowa się przeprowadza. Grzybki zostają na zerówkę w przedszkolu.
W piątek wieczorem, kiedy zdejmowałam Tymkowi rajstopy numer trzy, zapytał, czy w zerówce też będą przedstawienia. Powiedziałam, że pewnie tak. Zapytał, czy będzie mógł być Jeżem. Powiedziałam, że to zależy od pani. Pomyślał i uznał, że w takim razie chce być Tramwajem.
Rajstopy wyprałam i oddam Ani. Tamte pomarańczowe schowałam do szafy, na wszelki wypadek. Może na Halloween będzie lisem. Tamte pod pachy wiszą jeszcze w przedpokoju. Nie wiem, co z nimi zrobić. Na razie niech wiszą.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.