Alergia w maju i pranie suszone w łazience
Maj to miesiąc, w którym wszyscy wokół zachwycają się zielenią, a ja zachwycam się chusteczkami z balsamem. Kilka słów od osoby, która kocha wiosnę z bezpiecznej odległości.
W maju na Psim Polu jest pięknie. Mówię to zupełnie szczerze i bez ironii, chociaż mówię to przez nos. Wzdłuż naszego osiedla kwitną drzewa, trawniki są soczyście zielone, nad Widawą wszystko szumi i pachnie, a ludzie wychodzą na balkony z kawą i twarzami wystawionymi do słońca. Ja też wychodzę. Na chwilę. Potem wracam do środka, zamykam drzwi balkonowe i kicham siedem razy pod rząd.
Od kiedy
Alergię mam od liceum. Najpierw myślałam, że to przeziębienie, które przychodzi co roku o tej samej porze, z dziwną regularnością. Potem mama, która jako nauczycielka biologii zawsze wszystko wiedziała pierwsza, zaprowadziła mnie na testy. Wyszły pyłki brzozy i traw. Brzoza atakuje w kwietniu, trawy w maju i czerwcu. Mam więc dwa miesiące sezonu i dwa miesiące przygotowań psychicznych.
Z wiekiem trochę się zmieniło. W liceum kichałam i tyle. Dziś oprócz kichania mam oczy jak po płakaniu nad smutną powieścią i taką senność, że w tramwaju budzę się przystanek za daleko. W pracy mówią wtedy, że wyglądam, jakbym redagowała coś bardzo wzruszającego. Czasem to prawda, ale zwykle to tylko trawa.
Rozmowa, którą odkładałam
W tym roku w końcu poszłam do alergolożki. Nie byłam od lat, bo przecież wiem, co mam, i wiem, co brać. Okazało się, że wiem tylko połowę. Lekarka była cierpliwa i rzeczowa, obejrzała moje stare wyniki, zapytała, co biorę i od kiedy. Powiedziała, że leki warto zaczynać przed sezonem, a nie w jego środku, kiedy już płaczę w tramwaju. Zapytała, czy myślałam o odczulaniu. Nie myślałam, bo myślałam, że to dla dzieci. Nie jest. Dostałam do przemyślenia i skierowanie. Myślę.
Nie będę tu udawać lekarki. Każdy ma inną alergię i inną historię, i to, co pomaga mnie, nie musi pomagać komuś innemu. Mogę tylko opowiedzieć, co zmieniłam w domu i w głowie. Resztę niech każdy ustali ze swoim lekarzem.
Pranie w łazience
Najbardziej bolesna zmiana dotyczyła prania. Kocham suszyć pranie na balkonie. Kocham ten zapach wysuszonej na słońcu pościeli. Niestety w maju pościel wysuszona na balkonie pachnie słońcem i trawą, a potem śpię w tej trawie całą noc i rano mam oczy jak dwie śliwki. Od dwóch lat w sezonie pylenia suszę wszystko w łazience, na suszarce, która zajmuje połowę przejścia. Rafał się o nią potyka. Tymek się pod nią chowa.
Zmieniło się też to, co robię po powrocie do domu. Kiedyś zrzucałam kurtkę i siadałam do obiadu. Teraz od razu przebieram się w domowe ubrania, a te z dworu lądują w koszu. W najgorsze dni myję wieczorem włosy, bo włosy zbierają pyłki jak miotełka. Brzmi jak rytuał z przesadną dbałością o higienę, ale zauważyłam, że w noce po umytych włosach śpię lepiej.
Okna i pory dnia
Druga lekcja dotyczyła okien. Mieszkamy na szóstym piętrze, balkon mamy od zachodu i w maju bardzo chcę wietrzyć. Ale wietrzenie w słoneczne popołudnie to jak otwarcie drzwi przed pyłkami z kwiatami w ręku. Wietrzę więc rano albo po deszczu. Deszcz to w ogóle mój najlepszy przyjaciel w maju. Kiedy inni narzekają, że pada, ja wychodzę na spacer z Tymkiem i oddycham pełną piersią. Kałuże są wtedy dla nas obojga.
W słoneczne dni ze sporą ilością pyłków w powietrzu, co sprawdzam rano w komunikatach, kombinuję. Z Tymkiem idziemy na plac zabaw wieczorem, a nie w południe. Na spacer nad rzekę zabieram okulary przeciwsłoneczne, które pomagają trochę na oczy, a trochę na to, żeby nikt nie widział, że płaczę na ławce bez powodu.
Alergia a dziecko
Najbardziej boję się, że Tymek to po mnie odziedziczy. Na razie nic nie wskazuje na to, żeby miał alergię. Tarza się w trawie jak szczeniak, zbiera mlecze na bukiety i przynosi mi je do domu, a ja przyjmuję je z uśmiechem i wstawiam do szklanki na balkonie, za szybą. Tymek nie rozumie, dlaczego jego kwiaty zawsze stoją na zewnątrz. Wytłumaczyłam, że tam mają więcej słońca. To jest częściowo prawda.
Pediatra powiedziała, żeby obserwować i nie panikować. Obserwuję. Nie panikuję. Tylko czasem, kiedy kichnie, podnoszę głowę jak pies myśliwski.
Maj z bezpiecznej odległości
Z czasem nauczyłam się kochać maj trochę inaczej. Nie w trawie, tylko z okna. Nie na pikniku, tylko na balkonie po deszczu. Nie na łące, tylko na kanapie z książką, kiedy za oknem kwitnie wszystko, co może.
Maj ma też swoje dobre strony dla alergika. Na przykład wymówkę. Nie muszę jechać na grilla do znajomych, bo „sezon”. Nie muszę kosić trawy na działce rodziców w Brzegu, bo „sezon”. Tata jest przekonany, że moja alergia to w dużej części wygodna fikcja. Nie wyprowadzam go z błędu, bo on z kolei ma bóle krzyża zawsze wtedy, kiedy trzeba jechać na imieniny do cioci Basi.
Działa to podobnie jak z plecami przy biurku: nie ma jednej wielkiej zmiany, która wszystko naprawi. Są małe rzeczy, które robi się codziennie, i dzięki nim da się przeżyć sezon bez tragedii. Pranie w łazience. Włosy myte wieczorem. Spacery po deszczu. Chusteczki z balsamem w każdej torbie.
W czerwcu trawy się uspokoją, a ja odzyskam nos. Wtedy pierwsza wybiegnę na łąkę i będę się zachwycać wszystkim, co już przekwitło.
Joanna
Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.