Przejdź do felietonu

Zdrowie i ciało 5 min czytania

Przestałam się bać dentysty. O leczeniu kanałowym pod mikroskopem

Ząb bolał mnie od marca, a ja udawałam, że to zatoki. W maju, u siostry w Warszawie, udawać się już nie dało. Tak trafiłam na fotel, który zmienił moje zdanie o dentystach.

Spokojny gabinet stomatologiczny w miękkim świetle

Jestem dorosłą kobietą. Mam dziecko, kredyt, dwa etaty w sensie życiowym i jeden w sensie umowy. Urodziłam syna bez znieczulenia, bo anestezjolog nie zdążył. A boję się dentysty tak, jak boi się go siedmiolatek, który właśnie usłyszał wiertło przez drzwi poczekalni.

Wiem, skąd to się wzięło. Szkolny gabinet w Brzegu w latach dziewięćdziesiątych, zapach, którego nie umiem opisać, a który poznałabym po trzydziestu latach, i pani doktor, która mówiła „nie przesadzaj” do dziewczynki ze łzami w oczach. Od tamtej pory chodziłam do dentysty tylko wtedy, kiedy musiałam. Czyli zdecydowanie za rzadko.

Zatoki, oczywiście zatoki

W marcu zaczął mnie pobolewać górny ząb po lewej stronie. Nie mocno. Tak, że czułam go przy zimnej wodzie i przy gryzieniu orzechów. Uznałam, że to zatoki. Przy mojej alergii zatoki są wygodnym wytłumaczeniem na wszystko, od bólu głowy po zły humor. W kwietniu ból się nasilił. Uznałam, że to bardzo złe zatoki. Rafał powiedział, że zatoki nie reagują na zimną wodę. Rafał jest grafikiem, nie laryngologiem, więc go zignorowałam.

W maju pojechałam do Warszawy na targi książki. Jeżdżę co roku, z wydawnictwem albo sama, i zawsze nocuję u młodszej siostry, Uli, która mieszka z Igorem na Ursynowie. Pierwszego wieczoru Ula ugotowała makaron z orzechami włoskimi. Ugryzłam. Zobaczyłam wszystkie gwiazdy nad Ursynowem.

Ula ma swojego dentystę

Moja siostra, w przeciwieństwie do mnie, jest osobą dorosłą w pełnym znaczeniu tego słowa. Ma swojego dentystę, chodzi na przeglądy co pół roku i nie boi się niczego poza pająkami. Kiedy zobaczyła moją twarz po orzechu, bez słowa wyjęła telefon. Następnego dnia rano siedziałam w poczekalni jej gabinetu na Ursynowie, dziesięć minut pieszo od jej mieszkania. Targi musiały poczekać do popołudnia.

Nie będę udawać, że weszłam tam spokojna. Ręce mi się pociły. Ula siedziała obok i trzymała mnie za łokieć, jak ja trzymałam Tymka przy szczepieniu. Kiedy wywołali moje nazwisko, miałam ochotę powiedzieć, że to pomyłka, że ja tylko przyszłam z siostrą.

Mikroskop stomatologiczny w gabinecie, zbliżenie

Obraz na ekranie

Pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła, to że nikt się nade mną nie pochylał. Całe życie kojarzyłam dentystę z twarzą w maseczce kilka centymetrów nad moją, z oddechem, lampą w oczy i poczuciem, że jestem pod kimś przygnieciona. Tu lekarka siedziała wyprostowana, patrzyła w mikroskop i na ekran, a ja widziałam jej profil. Było w tym coś uspokajającego. Jakby pracowała nad czymś precyzyjnym, a nie nade mną.

Druga rzecz: zobaczyłam swój ząb. Lekarka zapytała, czy chcę, i pokazała mi na monitorze obraz w powiększeniu. Nie wiem, czy każdy by chciał, ale ja jestem redaktorką i lubię wiedzieć, co jest w tekście. Mój ząb w powiększeniu wyglądał jak krajobraz księżycowy. Lekarka pokazała mi drobne pęknięcie w szkliwie, którego na zdjęciu rentgenowskim w ogóle nie było widać, i miejsce, w które przez nie dostały się bakterie. Wyjaśniła, że ząb wymaga leczenia kanałowego. Że zatoki, owszem, bywają winne, ale nie tym razem.

Potem, już w trakcie leczenia, okazało się coś, co mnie rozbawiło, choć w tamtej chwili nie bardzo mogłam się śmiać. Ząb miał jeden kanał więcej, niż zakładało zdjęcie. Lekarka powiedziała, że to się zdarza i że właśnie dlatego pracuje pod mikroskopem, bo bez powiększenia taki kanał łatwo przeoczyć, a przeoczony kanał to ząb, który za rok znowu boli. Później w domu doczytałam, że mikroskop daje powiększenie nawet kilkudziesięciokrotne i że wykrywanie dodatkowych kanałów to jedna z głównych zalet takiego leczenia. Tak po redaktorsku sprawdziłam, czy nie zostałam nabrana. Nie zostałam.

Czy bolało

To jest pytanie, które zadaje mi każdy. Uczciwie: znieczulenie trochę szczypie, szczęka po długim otwarciu jest zmęczona jak po maratonie żucia gumy, a wieczorem ząb przypominał o sobie. Ale samego leczenia nie czułam. Leżałam, patrzyłam w sufit, liczyłam w myślach kafelki i w pewnym momencie złapałam się na tym, że układam w głowie poprawki do maszynopisu. To był dla mnie najlepszy dowód, że strach puścił.

Wszystko trwało dłużej, niż sobie wyobrażałam, bo praca pod mikroskopem jest dokładna i nie da się jej przyspieszyć. Lekarka zaproponowała, żeby dokończyć na drugiej wizycie. Wróciłam do Warszawy po dwóch tygodniach, pociągiem, łącząc to ze spotkaniem w zaprzyjaźnionym wydawnictwie i kolejnym wieczorem u Uli. Wiem, że z Wrocławia to kawał drogi. Ale skoro już zaczęłam tam i skoro po raz pierwszy od trzydziestu lat nie trzęsły mi się ręce na fotelu, nie chciałam zaczynać od nowa gdzie indziej.

Dłoń kobiety trzymająca kubek herbaty po wizycie

Herbata po wizycie

Po drugiej wizycie usiadłam z Ulą w kawiarni niedaleko gabinetu. Piłam herbatę bardzo ostrożnie, drugą stroną ust, i czułam coś w rodzaju dumy. Zupełnie niewspółmiernej do sytuacji, bo przecież nie zrobiłam nic, tylko leżałam z otwartą buzią. Ale ta dziewczynka z gabinetu w Brzegu chyba coś sobie tego dnia odpuściła.

Ula powiedziała, że mogłam przyjść pół roku wcześniej. Miała rację. Ja powiedziałam, że mogła mi polecić swojego dentystę pół roku wcześniej. Też miałam rację. Zamówiłyśmy drugą herbatę.

Co się zmieniło

Nie stałam się nagle osobą, która uwielbia dentystów. Ale od powrotu umówiłam się na przegląd tutaj, we Wrocławiu, i to jest mój pierwszy przegląd bez bólu od kilkunastu lat. Pójdę na niego z innym nastawieniem. Wiem już, że leczenie może wyglądać inaczej niż w szkolnym gabinecie z lat dziewięćdziesiątych. Że można zobaczyć, co się dzieje. Że lekarz nie musi mówić „nie przesadzaj”.

Wiem też, że zasada, którą stosuję wobec pleców przy biurku, dotyczy i zębów. Ciało upomina się po cichu, długo, cierpliwie, a potem przestaje być cierpliwe. Lepiej posłuchać, kiedy jeszcze szepcze.

Tymek, kiedy wróciłam, zapytał, czy dentysta miał mikroskop „jak w laboratorium”. Powiedziałam, że tak. Zapytał, czy mógłby zobaczyć przez niego kamienie. Obiecałam, że zapytam przy okazji. Nie wiem, jak zareaguje gabinet na sześciolatka z kieszeniami pełnymi żwiru. Ale po tym, co widziałam, zaryzykowałabym.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Zdrowie i ciało

Cała rubryka →