Przejdź do felietonu

Codziennie 5 min czytania

Ile minut trwa wyjście z domu z sześciolatkiem?

Przez cały wrzesień mierzyłam nasze poranki stoperem w telefonie i zapisywałam w notesie, gdzie giną minuty. Redaktorka nie umie inaczej: skoro tekst jest za długi, trzeba zobaczyć, co w nim siedzi.

Poranna kuchnia ze śniadaniem na stole i szkolnym workiem na krześle

W piątek rano, o siódmej trzydzieści pięć, stałam w przedpokoju z telefonem w ręce i zatrzymałam stoper. Pięćdziesiąt pięć minut od budzika do klamki. Nikt nie biegł, nikt nie krzyczał „szybciej” w stronę łazienki, a kawa została wypita do końca. Na półce na buty stały buty. Trzy pary kapci, moje kozaki, bo rano było osiem stopni, i kalosze w kropki, już trochę za małe.

Na początku miesiąca po pięćdziesięciu pięciu minutach dopiero szukaliśmy drugiego buta.

Pierwsza wersja

O tym, kto przeżywał bardziej w pierwszym tygodniu, już pisałam. Drugi tydzień nie był emocjonalny, tylko arytmetyczny. Zerówka zaczyna się o ósmej, furtkę otwierają o siódmej czterdzieści pięć. Do szkoły jest dziesięć minut pieszo, piętnaście z Tymkiem, bo po drodze leżą kamienie. We wtorki i czwartki muszę jeszcze zdążyć na tramwaj o siódmej pięćdziesiąt dwie. Przedszkole, do którego można było przyjść o dziewiątej, przyzwyczaiło nas do poranków bez końca.

W środę drugiego tygodnia wyszliśmy o siódmej pięćdziesiąt i biegliśmy. Wieczorem wyjęłam notes, ten sam, w którym zapisuję uwagi do maszynopisów, i zrobiłam to, co robię z każdym za długim tekstem. Przez kolejne cztery dni zapisywałam, gdzie idą minuty.

Wynik mnie nie zaskoczył, ale zawstydził. Jedenaście minut szukania rzeczy: buta, worka na kapcie, gumki do włosów, której zresztą nikt z nas nie nosi. Osiem minut mycia jednego zęba, bo sześciolatek w łazience prowadzi z lustrem długie rozmowy. Sześć minut negocjacji o skarpetkach z grubym szwem. Cztery minuty mojej kawy, wypijanej na stojąco w trzech podejściach. I kilka minut, których nie umiałam przypisać niczemu. Po prostu zniknęły, jak przecinki w pliku, który przeszedł przez trzy komputery.

Rafał obejrzał notes w czwartek wieczorem i zapytał, czy mam też rubrykę na minuty, które sama spędzam przy lustrze. Nie miałam. Dopisałam ją następnego dnia, uczciwie, ołówkiem. Wyszło siedem.

Skreślenia

Redaguję od kilkunastu lat i wiem jedno: najłatwiej skreśla się rzeczy, które ktoś inny zauważył pierwszy. Tu zauważyłam sama, więc poszło wolniej.

Ubranie od wieczora. Tymek wybiera je przed snem i kładzie na krześle. Dyskusja o skarpetkach odbywa się teraz o dziewiętnastej, kiedy nikt się nie spieszy, a rano skarpetki są już tylko skarpetkami. Wybory bywają odważne. W środę poszedł do szkoły w koszulce z tramwajem, spodniach w kratę, jednej skarpetce w paski i drugiej w kropki. Nie poprawiłam. Pani nie zgłosiła zastrzeżeń.

Śniadanie o siódmej. Rafał przejął poranną kuchnię. Umówiliśmy się na to w niedzielę wieczorem, przy tym samym kwadransie, na którym ustalamy obiady na tydzień. On robi jajecznicę, ja pakuję pudełko do szkoły. Lista na lodówce dostała nową rubrykę: „do pudełka”. Kto nie siedzi przy stole o siódmej, je w biegu, a nikt nie chce jeść w biegu.

Buty na półce. Tego nikt nie planował. W drugim tygodniu, po dziesięciu minutach szukania kalosza, Rafał bez słowa zaczął odkładać swoje buty na półkę. Tymek robi to, co robi tata, więc poszedł za nim. Ja dołączyłam ostatnia, bo przez dwa dni nie wierzyłam własnym oczom. Sześć lat próśb i wzdychania, a wystarczyła godzina ósma. W marcu pisałam o butach w przedpokoju jak o sprawie beznadziejnej. Chyba za wcześnie to napisałam.

Kawa na siedząco. Brzmi jak drobiazg, ale te cztery minuty na stojąco wcale nie były krótsze niż cztery minuty na krześle. Były tylko gorsze.

Jesienne światło na drewnianym stole

Czego nie skreślam

Każdy redaktor zna pokusę, żeby ciąć dalej, kiedy już idzie. Wyrzucić jeszcze jedno zdanie, jeszcze jeden akapit, aż tekst będzie szczupły i pusty. Pilnuję się przy maszynopisach i pilnowałam się przy porannych minutach.

Zostały kamienie. Droga do szkoły trwa piętnaście minut zamiast dziesięciu, bo Tymek zatrzymuje się przy każdym, który jego zdaniem jest wart uwagi. Mogłabym to skrócić, trzymając go za rękę i idąc szybciej. Nie robię tego. Te pięć minut to jedyna część dnia, w której on decyduje o tempie.

Zostało też pożegnanie przy furtce. Tymek daje mi kamień, który rano wybrał z kolekcji, ja chowam go do kieszeni, a po południu oddaję. Trwa to może półtorej minuty. Kiedyś pewnie samo zniknie, jak zniknęło machanie z okna przedszkola. Nie zamierzam mu w tym pomagać.

I została jedna minuta w przedpokoju, zanim wyjdziemy. Stoimy we trójkę w kurtkach, ktoś sprawdza klucze, ktoś inny pyta, czy worek na kapcie jest w plecaku. Stoper w telefonie mówi, że to strata czasu. Nie przekonuje mnie.

Piątek, siódma trzydzieści pięć

W piątek wszystko się zgadzało. Budzik o szóstej czterdzieści. Śniadanie o siódmej. Pudełko w worku o siódmej dwadzieścia. Buty z półki, kurtki z wieszaka, klucze z miski. Siódma trzydzieści pięć, klamka.

Poszliśmy spokojnie. Tymek znalazł po drodze dwa kamienie, jeden odrzucił po dokładnych oględzinach. Przy furtce dał mi ten drugi, szary, z białą żyłką. Byłam w domu o ósmej, zanim woda w czajniku zdążyła ostygnąć od śniadania, i usiadłam do rozdziału, który odkładam od tygodnia.

Nie będę udawać, że tak jest codziennie. W czwartek Tymek obudził się z katarem i cały poranek się rozsypał. W poprzedni poniedziałek zaspaliśmy we trójkę, bo budzik został ustawiony na sobotę. Ale nawet w te gorsze dni wiemy, gdzie leży ubranie i kto robi jajecznicę. Nie trzeba niczego ustalać od nowa o siódmej dwadzieścia.

Sobota

Dzisiaj jest sobota, ostatnia we wrześniu. Nie ma szkoły, nie ma tramwaju o siódmej pięćdziesiąt dwie. Tymek i tak obudził się o szóstej czterdzieści, bo organizm już wie swoje. Zjedliśmy śniadanie o siódmej, bo tak teraz jemy, choć nikt nas nie gonił.

Potem Tymek wyjął z kieszeni kurtki wczorajszy kamień, ten z białą żyłką, obejrzał go pod lampą i odłożył na półkę w przedpokoju, obok innych skarbów. Rafał poszedł po pieczywo. Ja wyjęłam notes, przekreśliłam wszystkie wrześniowe pomiary jedną kreską i zapisałam na dole strony, co trzeba kupić na poniedziałek: kalosze, o rozmiar większe.

Joanna,

Joanna

Redaktorka we wrocławskim wydawnictwie, polonistka, mama sześcioletniego Tymka. Mieszka z rodziną na Psim Polu i pisze felietony o zwykłym życiu. Pije herbatę z imbirem, a w torbie zawsze nosi czerwony ołówek.

Więcej o Joannie →

Więcej z rubryki Codziennie

Cała rubryka →